Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satanizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satanizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2025

Mateusz Żyła "Piekło i metal. Kat - historia zespołu"


\m/ \m/

Nie potrafię zliczyć godzin i różnych chwil, które z z muzyką Kata spędziłem... Zresztą po co prowadzić kolejny wywód na ten temat? Wszystko już kilka razy opowiedziałem w nieco szalony sposób w poście Max Adler "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia", a także w recenzji książki "Roman Kostrzewski - Głos z ciemności". Pod tagiem "metal" znajdziecie mnóstwo moich wspomnień z epoki kiedy ubierałem się na czarno, nosiłem glany i miałem długie włosy (raczej powinienem napisać "w ogóle je wtedy miałem"...). 

Myślałem, że temat historii najbardziej kultowego polskiego zespołu metalowego został już dogłębnie wyczerpany we wspomnianej wyżej pozycji będącej długim wywiadem z najbardziej znanym polskim, satanistycznym wokalistą. A tu niespodzianka! Mateusz Żyła rozszerzył czytelnikom wiedzę o historii pisząc obszerną biografię zespołu Kat i jego bocznych sukcesji (Alkatraz, Kat & Roman Kostrzewski). 

Na ponad 653 stronach (liczba bliska ideałowi, poniekąd zabrakło do niego jedynie 13 stron) autor przedstawia wspomnienia muzyków z koncertów, tras, imprez, kłótni w zespole, przygód w studiach nagrań, spotkań z legendami metalu i rocka z Polski i innych krajów, rywalizacje pomiędzy grupami, rozwijany merchandising... Słowem, chyba niczego nie zabrakło. Wypowiadają się legendy mrocznych klimatów i inne znane w tym środowisku persony. 

Czytając "Piekło i metal. Kat - historia zespołu" znowu poczułem fetyszyzm płynący z kolekcjonowanych dawniej oryginalnych kaset i płyt, podobnie jak koszulek i bluz Kata. Teraz tego już  nie ma - analogowe brzmienie zniknęło wraz z rozwojem YouTube'a, a dostęp do lubianej muzyki stał się czymś powszechnym. Za Kata i wszelkie gitarowe zło zabrałem się mniej więcej z początkiem tego millenium. Mimo to świetnie z książki odbierałem płynące emanacje ducha lat 80. i 90. XX w. kiedy to ludzie często sami robili sobie koszulki z nadrukami, na katanach dżinsowych widniały wprasowanki, a bieda okresu schyłku PRL wzmacniała ludzką kreatywność. Oczywiście największym smaczkiem dla mnie była historia o czarnej mszy odprawionej pewnego razu przez fanów... Coś co tygryski lubią najbardziej! 

Przyznam, że wątek satanizmu jest tu omówiony dokładnie tak jak się spodziewałem. Czyli, że tylko Romek czuł faktycznie klimat laveyowskiej ideologii i nią podążał. Reszta załogi skupiona była na samym graniu. 

Pewne historie bawią, np. bójki fanów Kata z fanami TSA. No i tak to dawniej wyglądało - metalowcy byli znacznie inni niż dzisiaj, choć przyznam, że mało rasowych w klasycznym image na ulicach spotykam. Teraz to takie metalo-goci-emo-kij-wie-co... 

Praca napisana jest z bardzo dużą ilością szczegółów. Autor zweryfikował co się tylko dało z wszelkich plotek i podziemnych, środowiskowych legend, baśni i mitów. 

Czytając czuć klimat. Zaciekawiła mnie ta historia będąca snem przedstawiona pod sam koniec książki - niejako potwierdza mi to, co wiem na temat życia "pozagrobowego"... Kolejny dowód. 

Czy książkę polecam? Bezdyskusyjnie. Choć z wieloma informacjami już się wcześniej spotkałem, uważam, że Mateusz Żyła odwalił kawał bardzo dobrej roboty tworząc tę książkę i poszerzając wiedzę o dziejach zespołu(/ów). Obowiązkowa lektura dla wszystkich fanów ciężkiego brzmienia!

\m/ \m/

piątek, 4 października 2024

John Dickie "Masoni. Architekci nowoczesnego świata."


Powracamy myślami do negrosyjonistycznej żydomasonerii. John Dickie "Masoni. Architekci nowoczesnego świata" to podróż przez historię wolnomularstwa, od najstarszych dziejów po najnowsze. Skaczemy po państwach, kontynentach. Widzimy rozkwit lóż. Czytamy jak wszystko się mutowało; od inicjacji w trzech stopniach po trzydzieści trzy, od zwykłych wolnomularzy do karbonariuszy i kotlarzy. Omówione zostają dzieje znanych postaci. Prominentni jak m.in. Rudyard Kipling, Motilal Nehru i oczywiście najwybitniejszy z masonów Albert Pike. Jest trochę o genezie włoskiej mafii oraz Ku-Klux-Klanu. 


Nie brakuje jednak negatywnej strony w całym tym ruchu; autor wspomina też o transpłciowych mason(k)ach. Mam wrażenie, że Dickie za bardzo idzie współczesnym trendem wypowiadając się o tych osobach zgodnie z ich późniejszą mutacją. 

Są i mity o kulcie Bafometa, czarnych mszach Zakonu Palladiańskiego. No i w końcu ten problem teorii spiskowych. Tutaj autor niby twierdzi, że Rewolucja Francuska nie mogła być dziełem masonów, jak się o niej często mówi, gdyż wielu z nich straciło na tym przedsięwzięciu, a cała ta historia pochodzi z dzieła katolickiego księdza. No różnie mi się to widzi, nie od dziś wiadomo, że rewolucja zjada własne dzieci. 


Ogółem dobrze się podróżowało myślami przez Wielką Brytanię, Francję, Włochy, Stany Zjednoczone, Indie, Australię. Zauważyłem, że wszystkie prace na temat wolnomularzy starają się odczernić ten mit złych masonów, jednocześnie pokazując, że nie wziął się on z przypadku. Masoni jak wiccanie (ci drudzy akurat wywodzą się po trochu z tych pierwszych) jedno deklarują, za chwilę robią przeciwnie. I tu, i tu nie brakowało kombinatorów, reformatorów, przestępców i machlojstw. Szkoda, że o ezoterycznej masonerii jest w lekturze tak mało. 

Książkę polecam! 

piątek, 31 marca 2023

Ola Synowiec "Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk"


"Bardzo nas cieszy, że interesujecie się swoją przeszłością, swoimi przodkami. Przecież to dzięki nam istniejemy, dzięki nim istnieje nasz świat. Przez tysiące lat żyli w zgodzie ze wszystkim, co nas otacza. Ze wszystkim tym, co teraz, przez zaledwie kilka ostatnich stuleci, ludzkość niszczy z taką zaciekłością. Zapraszamy was tutaj. Na pewno możemy się od siebie wiele nauczyć" (s. 59).
Komunikat meksykańskich rodzimowierców Mexicayotl do rodzimowierców z Polski. Poczułem się zaproszony! 

Stwierdziłem, że odrobina literatury podróżniczej nie zaszkodzi. Ale nawet i tutaj trudno było nie natknąć się na ulubione tematy. "Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk" Oli Synowiec, to turystyczno-religioznawcza podróż po tytułowym państwie. Czego to tutaj nie znajdziemy? Niby wszystko dalekie, ale jest w tym także coś nam bardzo bliskiego. 

Pierwszy rozdział to temat Dia de los Muertos. I tutaj pewnym zaskoczeniem dla mnie był fakt, że meksykańska wersja Dnia Wszystkich Świętych była tak naprawdę kontrhalloweenowym przedsięwzięciem, które stało się pewnym symbolem jednoczącym obywateli kraju. Wcześniej święto to było czym było, nie odgrywało ważniejszej roli w kulturze. Nawet ołtarze dla zmarłych zwane "ofrenda" nie były tak popularne, dopóki tryumfu nie święcił disneyowski film "Coco". 


Zwróciłem też uwagę, na podobieństwa "kolędnicze" pomiędzy trick-or-treat'erami, a zabawami, które były znane także i tam. 

Drugi rozdział poświęcony jest tematyce Mexicayotl / Mexicanidad, rodzimowierstwu meksykańskiemu, będącemu próbą rekonstrukcji dawnych, przedchrześcijańskich wierzeń Azteków. Znowu coś znajomego ... Dla przedstawicieli tego nurtu ważną ekspresją jest taniec. U nas to raczej rekonstrukcja historyczna z wojami w tle stanowi podłoże estetyczne. Tam wesołe tańce w strojach indiańskich są wizytówką. 


Cały rozdział pełen jest znajomych mi wątków. Transindianie, czyli ludzie uważający się za Indian, pomimo europejskiego pochodzenia. Kurcze, czy to nie jak nasi asatryjczycy i druidzi? No i ten wspaniały wątek archetopii, czyli wyidealizowanej wizji życia przodków. Tutaj też niektórzy twierdzą, że dawni Meksykanie nie składali ofiar, to wymysł katolickich inkwizytorów. Znajome, nieprawdaż? Ile czytałem wypocin w sieci o tym, że dawni Słowianie byli jak ze sławnego rysunku Sławomira Mrożka ... 


Następne rozdziały dotyczą "meksykańskiego New Age". Majowie jako zaginione plemię Izraela ... No proszę, mormonów wpędzają w kompleksy tymi turbomeksykańskimi mitami. Trochę o brujos, sesjach grzybowych (no, nie bez sławnej curandery Marii Sabiny), bohaterach narodowych ... Tak samo jak u nas z Janem Pawłem II i jego filmową biografią tutaj mamy przypadek Any Marii Reginy Teuscher Kruger, zmitologizowanej obrończyni praw studentów, która poległa za ideę. 

Zaintrygował mnie rozdział piąty, w którym mowa jest o Coca-Coli jako świętym napoju Chamulów. 
Dodają, że coca-cola jest bardzo zdrowa, zabija bowiem złego ducha. Jest wypędzany z organizmu poprzez bekanie, a bekanie ulecza. Ktoś dodaje, że kiedyś używano ceremonialnie innego, sfermentowanego napitku. Ale w którymś momencie łatwiej dostępna coca-cola zajęła jego miejsce (s. 124). 

Potem czytamy jak naród ostro tankuje colę, nawet na czczo, po cichu w krzakach. Skądś to znam ... U nas tak się jabole piło. Jest dużo o chorobach, na które cierpią mieszkańcy ... No cóż, święty napój robi swoje. 

Rozdział generalnie przezabawny. Wartość dziewczyny mierzona ilością alkoholu. Ile warte są kobiety w tym regionie? Może pojadę sobie żonę kupić? Wśród Meksykanek z pewnością znalazłbym coś dla siebie. 

Dalsza część pracy także wciąga. 

Bycie brujo pochłania mnóstwo energii, bo przekazuje się ją także innym ludziom. Dziadek musiał ją przecież skądś brać. Dlatego składał w ofierze swoje żony. Zabił je wszystkie (s.174). 

Oprócz brujo, autorka zabiera nas na czarną mszę i opisuje satanistyczne festiwale w Meksyku. 


Jest sporo o wojnach religijnych pomiędzy katolikami a ewangelikami. 

Wciągnął mnie wątek ludowych świętych Meksyku, którzy choć są czczeni, nie są uznani przez Kościół rzymsko-katolicki. Oprócz sławnej Świętej Śmierci, są też inne postacie, których historyczność jest nawet podważana, herosi tacy jak np. Jesús Malverde, Juan Soldado czy San Simon. 


Ten ostatni dosłownie wchłonął dawny, pogański kult boga Maximóna. Identyko jak w prawosławiu kult św. Mikołaja na wschodzie inkorporował kult Welesa. Pozostali "święci" są jak herosi narodowi. Nie porównywałbym ich kultu z tym co mamy w Europie, bo osobiście nie znam takich przypadków (no kult św. Guineforta we Francji czy św. Demetry w Grecji to trochę inny temat). 


Przedstawiony przez Synowiec świat wierzeń Meksyku zachwyca, zadziwia, szokuje ale też przywodzi na myśl wiele bliskich człowiekowi kwestii. Lektura wciąga, ale też bardzo zaskakuje antropologicznymi ciekawostkami. 

Super praca! Gorąco polecam!

sobota, 7 stycznia 2023

Jason Mankey "Rogaty Bóg. Historia, mity i praktyki magiczne"

 

Na chwilę postanowiłem wrócić myślami do odległej przeszłości. Tak; odległej! Do której już powrotu na pewno nie będzie ... Dziś mija jedenasta rocznica mojej inicjacji w covenie tradycji aleksandriańskiej w Warszawie. Może to nie przypadek, że akurat skończyłem czytać książkę Jasona Mankeya pt. "Rogaty Bóg. Historia, mity i praktyki magiczne". W przypadki nie wierzę. I uważam, że warto na wiele lat po odejściu przeczytać kilka takich prac; utrzymują człowieka w poczuciu pewności, że jego wybór wbrew wszelkim instynktom był właściwy. Jak teraz na to wszystko patrzę, obnaża się przede mną cały bezsens tego; sztuczność i patologia ... Ale nic to! Pozwólmy sobie na mały kroczek w tył. 

Jak wskazuje tytuł, książka Jasona Mankeya, gardneriańskiego arcykapłana dotyczy postaci Rogatego Boga. I szczerze powiedziawszy, jaki autor, taka praca. 

Już na wstępie widząc rekomendację dwóch znanych z tego środowiska pań, uznałem, że ostro ryzykuję z kasą i czasem. Cenione polskie autorytety współczesnego czarownictwa, niemalże rywalizujące o tytuł "pierwszej miotły RP"  niewątpliwie uświadomiły mi czym będzie omawiana w tym poście lektura ... Przynajmniej dzięki nim się nie zawiodłem. To był przysłowiowy strzał w dziesiątkę.

Z informacji na drugiej stronie okładki dowiedziałem się, że:

Uniwersalny przekaz i otwartość na interpretacje czyni z książki Jasona Mankeya duchowy podręcznik dla wszystkich, niezależnie od wyznawanej religii.

Tak, z całą pewnością! Zwłaszcza dla gorliwych chrześcijan, muzułmanów, żydów ... trochę bym wymienił. 

PLUSY


Reid Tebbutt "Slavic god of war. Perun" (źródło: Artstation)

Wbrew pozorom nie ma ich zbyt wiele. Pozytywną strona tej pracy jest niewątpliwie krytyczny stosunek autora względem wielu współczesnych mitów wiccańskich, w które wiedźmy wciąż wierzą. Tutaj Mankey zdecydowanie stara się oddzielić ziarno od plew. Idzie mu to całkiem dobrze. Słyszałem kiedyś legendę o Thorze, który wezwany przez żeglarzy rzucił się na dno morza, a także i jej baskijski wariant. Teraz przynajmniej wiem, że wywodzi się to z pracy Plutarcha, w oryginale z Panem w roli głównej.

MINUSY/ GŁUPOTY

A tego tutaj nie zabrakło. 

Tylko Herkulesowi poświęcono więcej opowieści niż jakiemukolwiek innemu bogu starożytnej Grecji [...]. (s.83)

Jak Grecja, to raczej Heraklesowi (Herkules to wariant rzymski), ponadto czy był bogiem, czy raczej półbogiem, herosem?  

... z doświadczenia wiem, że Pan lubi heavy metal, elektroniczną muzykę taneczną, skoczne kawałki i tradycyjne greckie aulosy). (s.90)

A black metalu nie lubi? Myślę, że niektóre utwory jak np. "Nocturnal Dithyramb" Lux Occulty mogłyby mu wpaść w ucho. Ta propozycja z Black Sabbath również zaciekawia. Zwykłe Akelarre nie wystarczy do klimatu? 

Oczywiście spośród rogatych bogów autor omawia tylko tych najpopularniejszych w wiccańskich kręgach. Jest m.in. Pan, Cernunnos, Bafomet. I oczywiście postacie takie jak Lucyfer czy Zielony Człowiek, u których rogi rzadko kiedy występują w klasycznych przedstawieniach. No, ale domyślam się, że wszystko musi być zgodne z duchem idei. Bóstw z porożem było wiele, nie widać jednak, żeby autor chciał wszystkim przynajmniej przybliżyć ich postacie. Za to jak zwykle musi być kilka słów o postaciach "lubianych", "klasycznych", niekoniecznie istotnych. Wyjście poza podstawy byłoby wręcz zaprzeczeniem idei komercji prac publikowanych przez Llewelyn. 

O ile Jack in the Green nie jest pozostałością pogańskiej przeszłości ... (s. 142)

Nie wiem, czy tak jest do końca. U Słowian Południowych pojawia się rytuał Zielonego Jerzego (Zeleni Jurij). Pewne podobieństwa są tu widoczne gołym okiem. 

Z tego względu bardziej prawdopodobne jest, że renifery Świętego Mikołaja to samice. (s. 165).

Z tego co mi wiadomo, wśród nich mamy: Kometka, Amorka, Tancerza, Pyszałka, Błyskawicznego, Fircyka, Złośnika, Profesorka oraz Rudolfa. Same baby! 


Fredrik Eriksson "Rudolph the weredeer" (źródło: Artstation)

Potem się dowiedziałem, że niby Szatan znaczy "przeszkoda" (s.196). Z tego co wiem, raczej "przeciwnik", "oszczerca". 

Płci psychologicznych jest bez liku, a są też osoby, które nie identyfikują się z żadną z płci. (s. 245)

Tak. I stale takich płci przybywa. Tyle, że traktowanie tego poważnie raczej nie przystoi osobie normalnej. Lewackie debilizmy. Co ciekawsze autor uważa, że Rogaty Bóg może mieć też żeńską stronę i przy okazji omawia boginię Ellen. Pomijając powierzchowność tematu (rogatych bogiń by się kilka znalazło, choćby jedna z Egiptu), jakieś skrzywienia wyniesione z domu muszą za tym stać. 

Potem się dowiaduję, że do Cernunnosa należy się zwracać, nawet wtedy, gdy "polujemy" z obiektywem fotograficznym (s. 247). No cóż, na pewno ustrzelę z cyfrówki jakiegoś jelenia ... Z pewnością ból poczuje. 

Ubawiło mnie to:

W Księdze Cieni lady Sheby (napisanej, oczywiście, przez lady Shebę, 1920-2002) Bóg i Bogini ... (s. 267)

Z całą pewnością! Była to jedna z tradycyjnych, gardneriańskich ksiąg cieni, którą lady Sheba opublikowała. Więc wcale nie ona była autorką tego dzieła. Co ciekawsze, kilka linijek dalej autor to omawia i wspomina, że księgę cieni otrzymała od Howarda ... 

JASON MANKEY


W świecie pełnym mizoginów, rasistów, bigotów i innych dupków Rogaty Bóg jest postacią godną naśladowania.

Panie Mankey! Niech pan się weźmie ze stojącym kutasem i rzuci na stado nimf kąpiących się przy plaży naturystów ... W jednej chwili pisze pan o bogu łowów, za chwilę przeszkadza panu polowanie. A, żeby było ciekawiej, kilka linijek dalej (o Rogatym Bogu):

Jego dezaprobata jest zarezerwowana wyłączanie dla tych, którzy stawiają się nad innymi i światem przyrody.

A czy Rogaty Bóg nie czuje do pana dezaprobaty, kiedy stawia się pan wyżej nad mizoginami, rasistami, bigotami i innymi?  

Niemal codziennie przez wiele miesięcy płakałam przy ołtarzu Cernunnosa, dziękując mu za opiekę nad moją kochaną kicią w kolejnej fazie jej egzystencji. (s. 130)

No przyznam, że jest pan bardzo wrażliwy (pomijając zawarte w tekście sporadyczne literówki wskazujące, że autor jest kobietą). 

(Choć Pike jest wpływową postacią w wielu kręgach okultystycznych, nie należy go idealizować i gdybym go dzisiaj spotkał, pewnie walnąłbym go w twarz. (s. 207) 

Panie Mankey! Nie sądzi pan, że mógłby oddać z nawiązką? Pewnie by się pan rozpłakał i poleciał do tatusia (mamusia, jak wiemy porzuciła rodzinę). A na groźnego waćpan nie wyglądasz. 

Kiedy myślę o moim ojcu z krwi i kości, często wspominam to wszystko co mi dawał, gdy dorastałem. Zapewniał mi dach nad głową i jedzenie, ale przecież otrzymałem coś więcej ponad rzeczy materialne. To od niego przejąłem zamiłowanie do historii i mitologii, on mnie nauczył, jak być przyzwoitym człowiekiem. Wiem, że nie każdy z nas ma taką relację z ojcem, i tym z z was, którzy jej nie doświadczyli, szczerze współczuję; matka zostawiła brata i mnie, kiedy byłem w pierwszej klasie. (s. 286)

Smutna historia. Ale tłumaczy mi od psychologicznej strony, dlaczego tak pan uwielbia postać Rogatego Boga, a nie jak inni wiccanie skrzywdzeni przez ojców - szukają swojej animy w postaci Wielkiej Bogini. Za to pan uważa, że Rogaty Bóg ma w sobie cały wachlarz płci. No cóż, skoro pański ojciec był dla pana i brata zarówno ojcem, jak i matką to cały ten układ wydaje mi się zrozumiały. Znalazłem odpowiedź na zagadnienie postawione wcześniej w tym poście. 

PONADTO

W książce brakuje mi tłumaczeń tekstów z języka angielskiego. Nie cierpię, kiedy podawany jest oryginalny tekst, a wydawnictwo nawet nie stara się przybliżyć czytelnikowi o co w tym chodzi. Ja angielski znam, ale przyznam, że drażni mnie to. Irytują mnie też te akapity zaczynające i kończące się nawiasami. Nie można z tego było zrobić zwykłych przypisów?

OGÓLNIE

Komercha, pełna pierdół, fantazji autora. Stanowczo tej lektury nie polecam! 


Kumaran Handy "Cybershankara" (źródło: Artstation)

wtorek, 22 marca 2022

Michał Rożek "Diabeł w kulturze polskiej"

 

" ... Szatan, Szatan!

Z nim konać, nawet żyć!

Szatan, Szatan i rum! [...]" 

Kat "666"


Jeśli chodzi o temat prawdziwego zła, to nigdy daleki mi on nie był. Wręcz przeciwnie. Z Diabłem zawsze za pan brat. Kiedyś najprawdopodobniej byłem bardzo silnie osadzony w jego mocy. Dowiedziałem się tego m.in. od świadków Jehowy. Niewykluczone, że i jeden katolicki błogosławiony za życia modlił się za mnie i wezwał swoich fanów do ataku na obecnego we mnie "Księcia Ciemności". Ale to ostatnie to póki co teoria spiskowa. Tyle, że już na 90% niemalże jestem pewien swojego sukcesu w jej rozszyfrowaniu. 

Tak więc nie oddalajmy się od Szatana bo będzie mu z tego powodu bardzo przykro. Zgłębiajmy jego naturę jak tylko się da. Przeczytanie książki Michała Rożka "Diabeł w kulturze polskiej" to świetny ku temu pretekst. Praca ukazała się w 1993 roku, dzięki wydawnictwu Replika możemy ponownie zapoznać się z jej treścią po prawie dwudziestu latach. 


Autor wałkuje w niej klasyczne tematy: Biblia, chrześcijaństwo (w tym herezje), millenaryzm, kultura średniowiecza, epoki późniejsze ... Od palenia czarownic, przez cyrografy, diabelskie kamienie po współczesne subkultury młodzieżowe. Z tymże, to ostatnie opisane jest wyjątkowo marnie. Jakieś plotki, domysły spięte w całość i puszczone jako fakt. Podobne kiedyś czytałem w pracy Maksa Adlera "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia". Brednie totalne. 

W oko rzuciło mi się kilka wątków. Lucyfer jako "gaszący światło" (s. 38). No tak, w końcu ostatni gasi światło. Czart Mendev w postaci kozła poślubił kobietę i niby dlatego był on protoplastą postaci rogatego boga w kulturze europejskiej (s. 48). Niby wizja czyśćca wywodziła się z pogańskich wierzeń. Jak zwykle bez przedchrześcijańskich wpływów ani rusz. Niby triskaidekafobia wywodzi się z kalendarza księżycowego, a nie ze sławnego aresztowania Jakuba de Molay. Opis ludowej wizji piekła silnie trąca starą słowiańską religią i chyba nie bez powodu taki był. Urocze, że swastyka chroniła przed Szatanem, a jednak miał on mieć swój wpływ na komory gazowe podczas II wojny światowej, o czym przeczytamy w dalszej części lektury... 

Ogółem Rożek opisuje wszystko bardzo dokładnie. Sataniści, lucyferianie czy inni czciciele prawdziwego zła na pewno nie powinni obejść tej pozycji obojętnie. Czysty intelektualny satanizm! Polecam! 

poniedziałek, 14 września 2020

Natasha Helvin "Russian Black Magic. The Beliefs and Practices of Heretics and Blasphemers"

 

Rosyjski inglizm rzuca duży cień na rosyjskie rodzimowierstwo. Złośliwi powiadają, że "ruska nauka zna takie przypadki". Lecz jak się okazuje to nie tylko te sfery mogą należeć do unikatowych. Nie zabraknie ich nawet w omawianej w niniejszym poście książce. 

Panią Nataszę Helwin mieliśmy już okazję poznać przy okazji jej marnej pracy "Slavic Witchcraft. Old World Conjuring Spells & Folklore". Teraz jednak przeszła już samą siebie. Książka "Russian Black Magic. The Beliefs and Practices of Heretics and Blasphemers" to idealny miks wszystkiego. 

Na dobrą sprawę jest to podręcznik czarnej magii satanizmu teistycznego. Jako, że jestem fanem różnych apokryficznych grymuarów przedstawiających alternatywne wersje mitów, postaci piekielnych i wydarzeń nie mogłem obejść "Rosyjskiej czarnej magii" obojętnie. 

Poznajemy weretników, czyli czcicieli diabłów z nowej piekielnej hierarchii, którą stanowią: Szatan, Veligor, Versaul, Aspid, Enoch, Enarh, Śmierć, Indik i Mafawa. Jest też kilka postaci pośrednich jak znana Herodiada czy Cain. 

Pierdół co niemiara. Książka pełna jest skrótów myślowych. Niby autorka pisze o dawnej Rusi - nie waha się jednak czynić porównań do mitów greckich, germańskich, mezopotamskich, rzymskich etc. Helvin twierdzi, że dualizm Bóg-Diabeł w czarownictwie unikatowy jest dla magii rosyjskiej. Niech sobie zatem poczyta o innych systemach magicznych, choćby tych z Bałkanów. Czarnoboga i Białoboga też jakbyśmy na Rusi mieli spotkać ... Super, że Szatan to Perun, Weles to Baal, a Enarh to starosłowiański demon. Dowiedziałem się też, że dawniej nie było zwykłych pochówków tylko kremacje i kopce. No chyba nie tylko pani Nataszo. Dowiedziałem się, że angielskie słowo altar (ołatrz) wywodzi się od mitycznego kamienia Alatayru. Słowiański raj to Iria, pod kosmicznym drzewem Pradub ... Dowiedziałem się, że demony gnębią magów, którzy nie przekazują adeptom swojej wiedzy. Podobnie jak to, że weretnik musi często czary rzucać bo ciemne siły się na nim zemszczą. Nieźle! Może najlepiej co godzina? Ale, że Diabeł nie może pójść dalej niż poza księżyc? Co zrobią sataniści po skolonizowaniu Marsa? 

Tylko pytanie się nasuwa; skąd Helvin te wszystkie pierdoły wzięła? To jest coś co Hobsbawm nazywa tradycją wynalezioną? Wygląda mi to na kult wudu, w którym nałożono jakieś ludowe wątki turbodiaboliczne, ale czy z Rosji, to raczej wątpię. Jest tu miks wszystkiego. A już te porównania pogaństwa i satanizmu? Może tego komentować nie będę. Połowa to jakieś chrystopogańskie rytuały New Age z użyciem świec i rekwizytów z kościoła. Dużo krwi i bluźnierstw. Pani Helvin zwraca uwagę, że zarówno Hitler jak i Beatlesi podpisali pakt z Szatanem i dlatego tak daleko zaszli. Jak widać rosyjskie czarownictwo zna takie przypadki ...

Cóż, jak ktoś chce się pośmiać to polecam. Praca merytorycznie równie dobra jak współczesna turbolechicystyka. Może wydawnictwo Bellona będzie zainteresowane polską edycją. Ku chwale aryjskich płomieni! 

Generalnie jest to synkretyczno-eklektyczne dno. To już druga praca Nataszy Helvin, którą stanowczo odradzam. A polecać mogę dzieciom pod koniec szkoły podstawowej, żeby widziały jak prawidłowo diabła czcić i przyrządzić mu rosół na cmentarzu ... 

środa, 15 kwietnia 2020

Gary St. M. Nottingham "Welsh Border Witchcraft. A Rendition of the Welsh Occult History of the Welsh March"


Jaki czas temu, kiedy jeszcze interesowałem się czarownictwem nabyłem reklamowaną na Facebooku książkę "Welsh Border Witchcraft. A Rendition of the Welsh Occult History of the Welsh March". Stwierdziłem, że na pewno wciągnie mnie swoim klimatem - spędziłem w Walii jedno, miłe lato, stąd pozostał sentyment zarówno do tematu wiedźmiństwa jak i podróży kambryjskimi drogami. O tak! Carmarthenshire, Aberystwyth, Pembroke! Te miejsca pojawiły się w książce i od razu poprawiły mi humor.  

Początkowo czytając pracę Gary'ego St. M. Nottinghama byłem raczej czarnowidzem spodziewając się, że książka to kolejna denna komercha poruszająca po raz kolejny te same tematy, a na niedobór złego uzupełniająca treść pierdołami z zakresu ciekawostek historycznych. W gruncie rzeczy, im dalej zagłębiamy się w treść, tym staje się ona ciekawsza dając nam wgląd w nieomawiane do tej pory kwestie. 

Przenosimy się w Nieznane Regiony. 


Ale jednak nie Galaktyki, a pogranicze Anglii i Walii. Miejsce to nazywa się Walijskim Marcem, choć tematyka książki, jak to zwykle bywa przenosi się w wiele innych zakątków świata. Poznajemy walijskie zaklęcia będące ludową mieszanką chrześcijaństwa, kabały i innych wpływów. Widzimy alfabet tebański na nagrobkach czarowników. Poznajemy historię prominentnych wiedźm i czarowników z ludu; także tych mniej znanych: Johna i jego syna Henry'ego Harriesów, Elizabeth Perry, Joannę Powell. Jest trochę o grzechojadach; wynajętych na pogrzebowe ceremonie "pochłaniaczy grzechów", pogardzanych wioskowych "cwanych ludzi". Miejscami autor schodzi na tematy nam bliskie - kończy pisząc o Hermetycznym Zakonie Złotego Brzasku, Clanie Tubal Cain, Kościele Dziewięciu Kątów. Jest też trochę o znanych wiccankach: Doreen Valiente oraz Monice English. 

Podoba mi się, że Nottingham zastanawia się dlaczego czarownictwo w XIX stuleciu wyglądało inaczej niż ma to miejsce obecnie - dawniej "skupione na ziemi" teraz religia, feminizm i ekologizm polityczny (s. 42). Cóż rzec?


Dużo ciekawostek, nowej, nieznanej do tej pory historii czarownictwa i przede wszystkim mało powtarzania starych rzeczy. To sprawia, że książka staje się cennym opracowaniem tematu. Nie mogę stanowczo zaliczyć jej do komercyjnych. Choć nie składa się nawet ze stu stron treści zawiera cenne zdjęcia oraz informacje. 

Warto poświęcić kilka godzin na zapoznanie się z treścią.  

Gorąco polecam! 

wtorek, 31 marca 2020

Bartłomiej Grzegorz Sala "Bestie i potwory biblijne, istoty fantastyczne dzieł kanonicznych i apokryfów"


"I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą,
ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię."
(cytat pochodzi z tzw. "Apokalipsy Janowej", autorów według badaczy było ponoć co najmniej trzech, dlatego nie wierzmy, że to jeden tzw. św. Jan)

Z reguły smoki wolały zjadać dziewice niż dzieci poczęte z dziewic, ale jak powszechnie wiadomo, każda kultura ma swoją specyfikę. Zwłaszcza w kwestii mitologii. I tu nie będzie inaczej. Przenosimy się w świat żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej fantazji. "Bestie i potwory biblijne, istoty fantastyczne dzieł kanonicznych i apokryfów" Bartłomieja Grzegorza Sali to opracowanie poświęcone demonicznym postaciom, które pojawiły się w świętych księgach judaizmu, chrześcijaństwa, a także w literaturze odrzuconej przez Kościół rzymsko-katolicki, choć uznane nawet częściowo przez niektóre inne np. etiopski. 

Co tu jest? Albo raczej czego tutaj nie ma? By wymienić tylko gadającą oślicę i kozła, smoki, upadłe anioły, krwiożercze ptaki, ogniste węże. Autor przygląda się teriomorficznym oraz zoomorficznym stworzeniom z ksiąg świętych (i nie-świętych lub częściowo-świętych) dla monoteistów, dokładnie przedstawiając ich losy. 


Podstawową zaletą tego opracowania jest wprowadzenie do demonologii słabo znanej przeciętnemu obywatelowi. Zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. literaturę apokryficzną. W naszej kulturze notorycznie spotykamy Abaddona, trzy szóstki, Bestię Apokaliptyczną etc. Mało np. wiemy o tym, że Belial przyjął postać bestii w raju, a Ewa go wygoniła. Poznajemy też słabo znane imiona upadłych aniołów - Metanbekus, Sammael Malkira. Nie wiedziałem, że Szatan miał syna. Ciekawostek co niemiara. Sala zwraca uwagę na wpływ mitologii sąsiednich ludów na wierzenia judeo-chrześcijańskie. Przy okazji mamy powtórkę z religii greckiej czy egipskiej. 


Nie ma co dużo mówić, trzeba koniecznie przeczytać.

niedziela, 29 grudnia 2019

Heather Greene "Bell, Book and Camera. A Critical History of Witches in American Film and Television"


"Świat jest pełen zła w dzisiejszych czasach. Ludzie nie potrzebują więcej czarownic"
(cytat Starej Wiedźmy z filmu "Zima czarownicy", s. 119, tł. Khaliperius) 

Męczyliśmy prace o wiedźmiej religii, praktykach czy historii. To teraz dla odmiany coś na ich temat na ekranie - "Dzwon, książka i kamera. Krytyczna historia czarownic w amerykańskim kinie i telewizji" autorstwa Heather Greene. Sam podtytuł omawianej lektury wyjaśnia wszystko. Nie trzeba nic dodawać. 

Podróżujemy od kina niemego po komercyjne seriale znane z Netflixa. Autorka na piedestale stawia produkcje amerykańskie. Jak to bywa, trudno jest omówić ten temat pomijając światowe dzieła z innych krajów; Greene wspomina o m.in. "Häxan" czy serii przygód o "Harrym Potterze". Dziwne, bo to drugie zaliczamy do produkcji amerykańsko-brytyjskiej. Cóż, tam najwidoczniej rzeczywistość widziana jest inaczej. Jest też trochę historii wicca w Stanach Zjednoczonych i jej wpływie na dokonania reżyserów.

Omówionych zostaje większość znanych filmów i seriali, od lepszych po gorsze. Zwrócona zostaje baczna uwaga na archetypowe przedstawienie czarownicy przeanalizowane w kinie każdej dekady.

Kilka ciekawostek rzuciło mi się w oczy, np. cytaty z "Czarnoksiężnika z krainy Oz", kiedy to Dorotka mówi:
"Czarownice są stare i brzydkie" (s. 62, tł. Khaliperius)
A Glinda odpowiada jej:
"Tylko złe czarownice są brzydkie" (s. 62, tł. Khaliperius)
Coś musi być na rzeczy.


Może dlatego wybrano aktora do roli czarownicy w musicalu "Jaś i Małgosia" z roku 1958? Ponadto kiedy przyglądałem się łysym paniom na konferencji prowadzonej przez Królową Wiedźm graną przez Anjelicę Huston w filmie "Wiedźmy" (1990 r.) miałem wrażenie, że to jednak nie damy sprawują swoje role. Może przynajmniej raz w historii dyskryminacji stało się zadość. 


Greene pisze też trochę o postaci mężczyzny czarownika i chłopca w filmach. Jej analiza tematu zaciekawia. Tylko, że tutaj widzimy klasyczny problem dorastania i archetypowego rycerza pokonującego smoka i zdobywającego rękę księżniczki. Bardziej by mnie zainteresował psychologiczny obraz słabego chłopca starającego się zdobyć nadnaturalne siły do czasu stania się dorosłym mężczyzną - tu wątek magiczny jest bardziej rzeczywisty a takowy topos cechuje młodych, słabych, bezradnych ludzi, którzy po odkryciu wewnętrznej siły często-gęsto porzucają świat magii. Autorka zauważa, że "male witch" to często albo mag z filmów fantasy albo postać okultysty. I co ważniejsze, mało kojarzy się z postacią wyrażającą "surową seksualność" w przeciwieństwie do swoich koleżanek po fachu. Cechuje go najczęściej sataniczna, rytualna praktyka, zdobywanie kontroli nad śmiercią i wzrost osobistej siły. W filmie "Nekromancja" Pan Cato grany przez Orsona Wellsa załatwia innym pracę, miejsce do życia i rozrywkę ich sąsiadom. Takowych magów też ze świeczką szukać. 


Książka ma jedną podstawową wadę - jest diabelnie nudna. Po kilku stronach musiałem przerywać, żeby nie zasnąć. Mam wrażenie, że autorka nie stroni od myśli feministycznej chcąc zwrócić uwagę na stereotyp wiedźmy jako kobiety pokrzywdzonej przez mężczyzn. Generalnie jednak temat zostaje dość wnikliwie omówiony, stąd nie mogę czytelników mojego bloga namawiać do ominięcia tej lektury. Ważna pozycja, acz niezbyt wciągająca. 

Jest też jedna podstawowa zaleta - rozdziały kończą się listą omawianych w nim filmów. Kto nie zna dobrze wiedźmiej filmografii może łatwo nadrobić zaległości. Wykaz jest duży, fani pentagramów, szat i ostrych noży na pewno nie przejdą wokół niego obojętnie. 

Gorąco polecam! 

niedziela, 17 lutego 2019

Mattias Gardell "Gods of the Blood. The Pagan Revival and White Separatism"


Pogaństwa nigdy dosyć. A, że do tej pory wałkowałem głównie te lepsze systemy pod względem praktyki religijnej, ale przyciągające osoby o bardzo dziwnej naturze i preferencjach politycznych, stwierdziłem, że trochę rozszerzę wiedzę w przeciwnym kierunku. 

Mattias Gardell "Gods of the Blood. The Pagan Revival and White Separatism" to klasyka gatunku. Autor szczegółowo zbadał ruchy neopogańskie, głównie z obszaru Stanów Zjednoczonych, które sieją postrach odradzając ideologię neonazistowską oczyszczoną z chrześcijańskich naleciałości. Lecz nie tylko; w pracy Gardella poznajemy historię wielu chrześcijańskich, satanistycznych i innych grup religijnych promujących stare, hitlerowskie ideały na nowe, abstrakcyjne sposoby. Plus to, jak generalnie ich przedstawiciele przyczynili się do złamania prawa, napadów z bronią w ręku i innych przerażających zjawisk. Poznajmy także te liberalniejsze odmiany Ásatru. Pewnie dlatego żeby nie było, że wszyscy są źli i niegrzeczni.

Naszymi gośćmi są m.in. Stephen McNallen i Ásatrú Folk Assembly, Valgard Murray i Ásatrú Alliance, Robert Tylor i Tribe of Wulfings, Max Hyatt i Wotan's Kindred, Wotansvolk, David Lane, Else Christensen i wiele innych czołowych postaci prawdziwego kultu Odyna. Jest też trochę historii III Rzeszy, amerykańskiego rasizmu (Ku Klux Klan) i terroryzmu (m.in. David Koresh i przygoda w Waco).
Przyznam, że dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. 

1) Nie wiedziałem, że temat magii i okultyzmu jest bardzo popularny w niektórych, amerykańskich środowiskach "nazi-asatryjskich". 
 
  "A precz mi z okultyzmem! Do rezerwatu poszedł! Won!"
 
2) Nie wiedziałem, że niektórzy asatryjczycy "radykalni" obrzezają swoje dzieci (s. 78). 

Rodzimowiercy! Gdzie Wasze ambicje?*

A już skoro wspominam naszych lokalnych neopogan, to zastanowiło mnie pewne sformułowanie dotyczące rytuałów. Mianowicie, że skoro nie znane są szczegóły germańskich obrzędów, przedstawiciele jednego ze stowarzyszeń stworzyli je sobie od podstaw. Samo podejście nie jest dla mnie zaskakujące, jednak ciągle zastanawiam się na bazie jakich źródeł rodzimowiercy z różnych krajów "rekonstruują" dawne rytuały? I dlaczego dziwnym trafem są one tak do siebie podobne? 

3) Dużo ciekawostek o pseudonaukowych koncepcjach. Tutaj na piedestale stoją Niemcy i ich guru z czasów II Wojny światowej. Niemniej jak czytamy dalej tak i dziś nie brakuje odpowiednika naszych Turbo-Słowian wśród orędowników przetrwania białej rasy. Arktogäa Patria Nostra!

Praca ma kilka minusów. Rozdział poświęcony wicca to klasyczne przekalkowanie materiału powielanego w innych tekstach. Podstawowe rzeczy stroniące od wielu szczegółów - typowy ame-wiccański opis zjawiska. Nie wiem dlaczego z Wili i We autor zrobił synów Odyna? To byli jego bracia. Zdziwił mnie na wstępie tekst o kapitalizmie w wielu krajach. Pozostaje mi  tu tylko sparafrazować popularne powiedzenie, będące późniejszą przeróbką słów kardynała Richelieu:
"Strzeż mnie Panie od kapitalistów! Z socjalistami sobie poradzę!"
Książkę polecam wszystkim! Dokładny opis zjawiska.
 
=========================
*Żartowałem! Za coś takiego bym śmiercią karał!

piątek, 1 września 2017

Zbigniew Łagosz „Czesław Czyński. Czarny adept”


Ponownie myślami przenosimy się do przełomu XIX i XX w. Są to czasy największego okultystycznego ożywienia, które wywarło decydujący wpływ na najpopularniejsze religijno-ezoteryczne ugrupowania współczesne. Choć w tym przypadku to i tak możemy śmiało pisać o prekursorach tej epoki oraz ich wpływie na wybitne jednostki tamtego okresu. Zbigniew Łagosz po raz kolejny przedstawia nam postać Czesława Czyńskiego, jego losów, działalności, podróży i powiązanego z nim środowiska światowej sławy masonów, różokrzyżowców, martynistów. Tym razem autor postanowił zawężyć temat tylko do postaci „Punar Bhavy”; ponownie poznajemy biografię tej nietuzinkowej postaci ze szczegółami. 

Publikacja tak jak i poprzednim razem oparta została o doskonale zgromadzone unikatowe źródła i dokumenty. Życie i działalność Czyńskiego opisana jest zatem z niezwykłą, detaliczną precyzją. Łagosz poświęcił dużo miejsca problemowi skandali z udziałem Czyńskiego, jego procesom, kontrowersjom oraz zwykłym kłamstwom. A temat ten jest niezwykle popularny jeśli chodzi o notabli tego towarzystwa – nawet kilka dekad później. Tutaj zdemaskowane zostały szarlatańskie występki, z których zasłynął już za życia sławny polski hipnotyzer, mag, członek wielu „tajnych” stowarzyszeń krążąc wokół znaczących dla historii postaci, m.in. rosyjskiego cara. Dodatkowym atutem niniejszej pracy jest dobre przedstawienie rozwoju martynizmu w Polsce i co dla nas Polaków ważne – pokazanie, że rozmaite stowarzyszenia były tutaj tak samo popularne jak w innych częściach Europy czy Ameryki. 

Praca stanowi świetne uzupełnienie poprzedniej książki Łagosza pt. „Punar Bhava. Czesław Czyński i Aleister Crowley w świetle XX wiecznej tradycji ezoterycznej”, sprostowanie oraz rozwinięcie wielu omawianych wcześniej wątków. Autor ma lekkie pióro zatem wszystkim miłośnikom tematu gorąco rekomenduję jego kolejną pracę!

czwartek, 20 lipca 2017

Dayal Patterson "Black Metal. Ewolucja kultu"


DECEM ANNO

I pomyśleć, że to już dziesięć lat minęło od pamiętnego roku, w którym to obroniłem pracę magisterską pt. "Neopogańskie idee Varga Vikernesa". W tych samych dwunastu miesiącach  przeżyłem też pamiętny koncert swojego ulubionego zespołu w Nottingham. Na tę chwilę czekałem aż siedem lat bo wcześniejszej możliwości inicjacji w misterium prawdziwego zła nie miałem. Jakiś czas potem dokonałem jednej z najsmutniejszych czynności w swoim życiu - ściąłem włosy. To akurat było podyktowane łysieniem. I to wszystko wydarzyło się w 2007 roku. I pomyśleć, aż tyle wody w Wiśle upłynęło ... 

Przy okazji pochwalę się, że na dziesięciolecie pamiętnych wydarzeń nabyłem w Empiku "Władców Chaosu" Moynihana i Søderlinda. Pisząc magisterkę dysponowałem płytą z książką w wersji pdf, gdzie każda strona sfotografowana została osobno. I to w wersji anglojęzycznej. Załatwił mi ją kolega: Marcin - po dzień dzisiejszy wysławiam Twoje imię! Jeśli czytasz tego posta, to wiedz, że ten chwalebny czyn przeszedł do historii! Dziś z tytułu sentymentów wzbogaciłem swoją kolekcję lektur o nowe wydanie rzeczonej publikacji, tym razem polskojęzyczne. Pewnie za jakiś czas do niej zaglądnę, choć czytać w pełni i recenzować jej tutaj nie zamierzam.
Moja praca magisterska zadedykowana była:  
Wszystkim „Prawdziwym”, których nie zmienia czas. 
Tylko jak to przetłumaczyć na angielski? Nie mam pojęcia bo "Prawdziwym" nie miało równać się z tymi "true", tylko tymi, którzy pomimo upływu lat nie mówią, że "... już ich to wszystko znudziło ...", " ... już dawno od tego odeszli ..." etc. Czy mnie znudziło? Nie! Co najwyżej wykończyło, ale jednak z pewnych przyczyn jedną nogą tkwię w tym dalej. Chyba fakt, że sięgnąłem po pracę Dayala Pattersona jest tego najlepszym dowodem.

BLACK METAL
 
"Black Metal. Ewolucja kultu" to grube arcydzieło, prawie pięciuset stronicowe przedstawiające historię muzyki metal - głównie zespołów, które odegrały największą rolę dla black metalu jako protoplaści, mistrzowie i odstępcy od klasycznych norm. Pełna mroku, zła, Szatana, mizantropii, bólu i zdjęć pozycja dogłębnie opisuje dzieje muzyków z wielu krajów, ich biografie i problemy z nagrywaniem albumów, poświęceniem dla sprawy i rezultaty. 

 
I tak kiedy sobie czytałem o pierwszych grupach od razu włączał mi się fetyszystyczny stosunek do kaset i płyt, które gromadziłem, a które teraz znajdują się w piwnicy (nie oddam! Nie sprzedam! Fak of! Fuk, fuk!). Te analogowe brzmienia ... te urocze okładki ... tak samo te płyty, które przeszły do historii ... Kiedy słuchałem muzyki ze sprzętu audio pamiętałem doskonale gdzie się który utwór zaczyna, jak daleko muszę przewinąć. Pamiętałem perfekcyjnie skład zespołów etc. Dziś w erze YouTube, nawet nie pamiętam tytułów ulubionych ścieżek. Tak nas niszczy socjalistyczno-komunistyczny świat ...

Patterson przeprowadził całe mnóstwo wywiadów z elitą black metalu, a przynajmniej tymi panami, którzy jeszcze żyją. No właśnie! Kobiety zostały prawie zupełnie zepchnięte na margines i nikt nie narzeka na dyskryminację. Black metal jest domeną mężczyzn! Panie mogą co najwyżej słuchać. Tego im nie zabronię. To zbyt okrutne. 

Czytamy o wielu skandalach i poświęceniach. Po latach stwierdzam, że moja magisterka wcale nie zawierała jakichś strasznych, merytorycznych błędów. Prawdą się okazuje być to, że z kości Ohlina koledzy zrobili sobie amulety na pamiątkę, a zwłok chcieli spróbować, tylko za bardzo były zepsute. Nie wiedziałem też nic o licznych podpaleniach kościołów w Polsce. No może za wyjątkiem tego jednego z Woli Justowskiej, który właśnie jest odbudowywany. To co dzieje się w Norwegii to i w Polsce też się zdarza. W Rosji pod cerkwie podkłada się ładunki wybuchowe u nas raczej stosuje styl klasyczny. Nie wiedziałem też o licznych samobójstwach w tym gronie. Doszły mnie słuchy o raptem kilku. Z interesujących mnie osobiście zagadnień była fascynacja tematem wicca Cronosa z Venom, Nocturno Holocausto z Beherit czy Daniego Filtha z Cradle of Filth. Ten cytat o rysowaniu nauczycieli na szubienicach coś we mnie obudził. Chłopaki uwielbiam Was! Zresztą, kto jak kto, ale chyba Cradle of Filth zagrał najwspanialsze pod względem klimatu piosenki o czarownicach - gotyk, erotyzm, historia, piękno, okrucieństwo świata stopione w jedną całość. A to, że Manheim ocalił kościół przed spaleniem uważam, za przecenienie więzi kulturowych. A przynajmniej w jego towarzystwie wzajemnej adoracji Szatana. A to, że wielu muzyków miało rasistowskie wypowiedzi? I to jeszcze z zespołów niepodejrzewanych o to jak mój ulubiony? No proszę! Panowie ubóstwiam Was! A już poświęcenie się trzynastoletniego wokalisty Shining, który sprzedawał się pedofilowi, żeby mieć pieniądze na realizację swoich celów ... Bezcenne. Tak wygląda wyższa idea.

Pozycja zdecydowanie najlepsza jak do tej pory spośród tych na temat ciężkiej muzyki, które miałem okazję czytać. Kompilacja wielu zachowanych materiałów i informacji, wywiadów rodem z zine'ów oraz unikatowych zdjęć. Pisana jest bardzo neutralnie, Patterson pozwolił zawsze wypowiedzieć się obu stronom wielu konfliktów, choć mam wrażenie, że centralną pozycję w historii stanowi tak na prawdę Euronymous i jego śmierć. Widać, że wiele wydarzeń oscylowało wokół jego postaci, a jego przyspieszone odejście zmieniło znacznie scenę metal na świecie. Poznałem ciekawostki na temat wielu zespołów, o których wcześniej tylko dochodził mnie słuch, że istnieją. 

Swoją drogą dawniej nie zwróciłem uwagi, że większość metalowych boysbandów była "true" z założenia. Jako fan tego zepsutego, komercyjnego metalu po prostu słuchałem tego co mi się podoba, a wszelkie ideologie nie grały dla mnie większej roli. Dostrzegłem jednak pewne analogie w kwestii podziemia do mojego ulubionego życiowego tematu. Jedni się w tym zatrzymali, inni z czasem od tego odeszli, jeszcze inni dopiero po wielu latach od tego odchodzą, nieliczni obłudni próbują dalej w tym być ... Takie to znajome, ale nie będę wyjaśniał o co dokładnie mi chodzi. 

"Black Metal. Ewolucja kultu" to wręcz obowiązkowa biblia dla wszystkich spod szyldu długich włosów, czarnych ubrań i ciężkich butów. Gorąco polecam! 

poniedziałek, 17 października 2016

Witold Vargas, Paweł Zych "Święci i biesy"


"Święci i biesy" to kolejny debiut literacko-artystyczny Witolda Vargasa i Pawła Zycha, czołowych popularyzatorów polskiego folkloru w wersji przyjemnej nie tylko dla wyobraźni, ale także dla oka. Mistrzowski szkic połączony z tekstami zawierającymi całe mnóstwo zapominanego dziś słownictwa dają nam piorunującą mieszankę - każdego czarta porazi swą doskonałością.

Tym razem na piedestale pojawili się niektórzy historyczni święci i związane z nimi legendy. Idąc zgodnie z kalendarzem liturgicznym zapoznajemy się z ciekawymi opowiastkami. Autorzy niekiedy rozwijają wątki dodatkowo przenosząc nas w świat legendarnych polskich diabłów i ich sprzymierzeńców. 


Diabły najbardziej przykuły moją uwagę. Myślę, że polscy sataniści, szataniści, lucyferianie czy inni im podobni powinni pomyśleć nad stworzeniem wyjątkowego "Antyliturgicznego Kalendarza" a zamiast świętych patronujących w danym dniu zastąpić ich diabłami. Oczywiście rzeczony projekt nie musiałby zaczynać się z końcem grudnia, a kończyć w styczniu - mógłby iść normalnie od wiosny do zimy zgodnie z naturalnym cyklem. Tylu w naszym folklorze jest diabłów, myślę, że patrona na wszelki dzień znalazłoby się bez problemu. Każdy z nas ma jakiegoś swojego osobistego "złego". Mi tam chyba Rogalec najbardziej przyświeca (no bo przecież nie przyciemnia). Dzień, albo Noc Przeklętego Rogalca. Chyba znalazłem alternatywę do obchodów imienin (!). 

Historie ciekawe, niektóre rodem z pogaństwa pochodzące. Zaintrygowała mnie legenda św. Mikołaja i jego rozmowy z wilkami.


Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników wierzeń ludowych. Gorąco polecam!

Teraz możemy iść grzeszyć ...

czwartek, 25 sierpnia 2016

Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej"


Przeżyjmy to raz jeszcze! Do tej pory pisane było mi tylko zapoznanie się z wersją książki w formacie pdf, ale w końcu jest - Margaret Alice Murray "Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" po raz pierwszy drukiem po polsku! Idziemy do przodu na pełnym gazie.

Skoro Wydawnictwo Sacrum zadbało o to, żeby Polacy mogli zapoznać się ze słynnymi tezami brytyjskiej pani antropolog nie pozostało mi nic innego jak natychmiastowe nabycie omawianej w niniejszym poście lektury.

Oczywiście nie widzę sensu, żebym pisał o rzeczach, o których i tak wszyscy wiedzą. Zatem daruję sobie jej streszczanie.

Ze swojej strony zwrócę uwagę tylko na kilka istotnych faktów. Oczywiście, że Murray wywarła duży wpływ na wicca (jaki konkretnie dowiecie się szczegółowo w niedalekiej myślę przyszłości). Nie jest jednak tajemnicą, że jej rola jest wyjątkowo wyolbrzymiana. Gerald Gardner skorzystał z jej tez przy tworzeniu zrębów swojej religii, jednakże innych źródeł wykorzystał - rzekłbym - tyle samo i w równym stopniu. Tak więc z nieznanego dla mnie powodu we wszystkich opracowaniach tematu, gdzie historia wicca jest omawiana, na piedestał wystawia się głównie dzieła Murray, a całą resztę wymienia jako drobne ciekawostki. Nie oceniłbym tego w taki sposób zapoznając się szczegółowo z tematem na przestrzeni lat.

Książki Murray są biblią dla swoistego rodzaju Turbo-Wiccan (tacy odpowiednicy Turbo-Słowian, którzy wierzą we wszystkie bzdury, które swoją niesamowitością dodają niezwykłego klimatu każdej bredni, która zastępuje realną, suchą historię. Po angielsku mówi się na takich "fluffy bunnies", ale polska kultura znajduje więcej terminów do prostszego zrównania ich z ziemią).

Na wstępie Adam Anczyk wprowadza do tematu. Przyznam szczerze, że poważniejszych błędów nie dostrzegłem w jego eseju. No chociaż ze swojej strony nie poleciłbym nikomu czytania Huttona. Ta książka po 15 latach wiele straciła na swojej zawartości, a nawet świeżo po jej wydaniu już na nią co poniektórzy szczekali. Nie wspomnę już o książce będącej jego krytyką autorstwa Bena Whitmore'a. Podobnie polecany przez Anczyka Jeffrey Russell, który też mi niczym nie zaimponował w tej dziedzinie. Przestarzałe farmazony, które obalała m.in. Doreen Valiente jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia. Tak samo zwrot mówiący o tym, że Gardner otrzymał inicjację z rąk Dorothy Clutterbuck. No i owszem, bo niektóre źródła podają, że tak w istocie deklarował, ale jak zwraca nam uwagę Philip Heselton - te zeznania nigdy nie były autorstwa Geralda, a raczej były to plotki stworzone na bazie skrótów myślowych, które stworzyli inni opierając się na przedstawionych przez niego powierzchownie informacjach. A czy rzeczywiście Clutterbuck-Fordham inicjowała Gardnera? Przecież wiemy, że nie. Szpanowanie wiedzą z zakresu książek wydanych wiele lat temu daleko Pana nie zaprowadzi ...

"Wiedźmi kult w Europie Zachodniej" czyta się jak sielankę. Muszę publicznie schwalić Wydawnictwo Sacrum, zwłaszcza tłumaczkę Agnieszkę Kisiel za kawał dobrej roboty. Ogromnym plusem dla książki jest dobry przekład i zamieszczone przypisy.  Tutaj podstawową zaletą są te urocze stenogramy z procesów czarownic. Wiemy, że bzdurne tezy Murray odłożono do lamusa dawno temu, jednakże dzięki niej mamy ciekawą lekturę pełną historii legendarnych sabatów, ofiar z dzieci, ludzi, zwierząt, opisy diabłów i harców podczas spotkań. Obowiązkowa czytanka dla wszystkich miłośników tematu wicca, czarownictwa i Epoki Stosów. Czuć ludowy klimat!

Polecam!