niedziela, 7 czerwca 2026

Andrzej Sapkowski „Narrenturm”

 

Wszystkich części „Wiedźmina” jeszcze nie przeczytałem. Zrobię to po obejrzeniu ostatniego sezonu serialu, który także mam do nadrobienia. Wiem, nie ma na co patrzeć; oglądanie produkcji Netfliksa jest jak jedzenie kiviaka na Grenlandii, ale przynajmniej człowiek zobaczy jak sprofanowano twórczość znanego polskiego pisarza. Mój tata namawiał mnie gorąco do przeczytania Trylogii Husyckiej, którą z resztą podarował mi na Gwiazdkę. W końcu musiałem wygospodarować trochę czasu i na nią.

Niby dalekie jest to od klimatu wiedźmina, ale czy aby na pewno? Tutaj pojawiają się typowe dla Sapkowskiego wątki – chędożenie cudzych żon, czary i demony, germańskie nazwiska i stałe wędrówki z przygodami. Czyli w sumie samo życie. Akcja toczy się na Śląsku w XV w. No i właśnie jeden podstawowy zarzut jaki bym do tej książki miał to kilka dziwnych anachronizmów. Wprawdzie Sapkowski przyznaje się do części z nich; tu mam na myśli głównie „Neronomicon”, ale inne pomija na końcu książki. Rozweselił mnie sabat czarownic w święto Mabon … Nazwę tę wprowadził amerykański czarownik Aidan Kelly poszukujący celtyckiego odpowiednika mitu o zstąpieniu Persefony do Hadesu. Nawet większość wiccan nie stosuje tej nazwy, bo jest ona sztuczna i stworzona jako alternatywa dla Równonocy Jesiennej. Faux Pas! Widać, że autor inspirował się współczesnym czarownictwem.

Generalnie miły trening dla oka. Fabuła wciąga od samego początku. Kto z nas nie chciałby być podróżującym z Szarlejem i Samsonem Olbrzymem głównym bohaterem Reynevanem dążącym do zemsty, a także lądującym w łóżku z którą popadnie.

Czyta się fajnie! Polecam!