Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 listopada 2025

Tadeusz Wojciechowski "O Piaście i piaście"


Żeby nie żyć ciągle religią Słowian na przegrychę wziąłem sobie coś na temat historii. A właściwie nawet legend o pradziejach naszego państwa. Tadeuesz Wojciechowski "O Piaście i piaście" (Miles, Kraków 2005 na podstawie przedruku z 1895 r.) to krótka książeczka będąca zbiorem rozważań na temat postaci Piasta. Autor głowi się nad faktem, czy było to imię osobowe protoplasty pierwszej polskiej dynastii królewskiej, czy może po prostu tytuł urzędniczy. Porównane zostają informacje płynące z kronik, a nawet Wojciechowski dostrzega pewne analogie w legendzie o dwóch misjonarzach, którzy przybyli na postrzyżyny Mieszka do greckiego mitu o Filemonie i Baucydzie. 

Krótkie, acz ciekawe. Należy jednak wziąć pod uwagę, że jest to bardzo stara praca i wiele wniosków z niej płynących śmiało możemy uznać za zdezaktualizowane. 

Mimo to polecam! 



wtorek, 2 września 2025

Raymond Buckland "Wielka księga symboli magicznych i duchowych. Ilustrowany przewodnik po najskuteczniejszych znakach i omenach z różnych kultur"

 

"Wielka księga symboli magicznych i duchowych. Ilustrowany przewodnik po najskuteczniejszych znakach i omenach z różnych kultur" (Studio Astropsychologii, Białystok 2025) Raymonda Bucklanda to bardzo komercyjna, ogólna przekrojówka na temat znaków, symboli i omenów. Słowem ręczę, bardzo komercyjna. Autor przedstawia najpopularniejsze kręgi kulturowe i środowiska okultystyczne. Same symbole opisuje za pośrednictwem ezoterycznych opracowań; informacje jakby z trzeciej ręki, często powielające jakieś mityczne informacje niczym nie potwierdzone. Znalazłem też kilka błędów. 

Ogółem nie polecam. Komercha i nic ponad to. 

niedziela, 29 grudnia 2024

Linda Raedisch "Tajemna strona świąt. Bestiariusz i mroczne tradycje"

 

Okres Bożego Narodzenia zdecydowanie należy do najprzyjemniejszych w roku - drogie prezenty, wykwintne kulinaria, estetyczne wystroje wnętrz i umiłowanie rodzinnych tradycji. 

W takim układzie warto zgłębić temat szerzej. 

W mediach, książkach pojawiają się elementarne informacje o świętowaniu Gwiazdki przez rozmaite narody. Niestety często są to informacje z drugiej ręki, ogólnie przedstawiające pewne wątki. Warto jednak pokusić się o jakąś porządną kompilację, która to wszystko uporządkuje. 



Z pomocą przybywa nam Linda Raedisch ze swoją książką "Tajemna strona świąt. Bestiariusz i mroczne tradycje". I tutaj mamy omówione prawie wszystko - czas zimowy zaczynający się niemal od połowy października dla czcicieli elfów, kończący aż na 2-im lutego. Autorka przedstawia poszczególne święta, towarzyszące im duchy, zwyczaje. Akcentuje różnice w folklorze poszczególnych krajów. 

Rémi Jacquot "Befana" (źródło: ArtStation)


Raedisch przytoczyła w kilku miejscach prace znanego mi założyciela wicca; Geralda Gardnera. Wprawdzie zaznaczyła, że wiele jego teorii to czyste bajdurzenie, ale miejscami powoływała się na informacje z jego prac jakby były czystymi faktami. Nie ma to jak zepsuć komuś humor ... Podobnie jak z tym laniem ołowiu podczas Andrzejek w Polsce. Myślę, że wosk jest znacznie popularniejszy. 



Oprócz popularnych postaci przedstawione zostają duszki i egregory mniej znane Europejczykom, które pełnią funkcję podobną do Świętego Mikołaja. Poznajemy krasnoludki, kota, czarnego psa czy kozła. Widzimy, że nasz europejski świat wyobraźni bije na łeb komercyjnego twora Coca-Coli. Szkoda tylko, że wszystko powoli wygasa na rzecz jednej, jedynie słusznej "tradycji". 




wtorek, 9 stycznia 2024

Jarosław Łojek "Legendy Rosji. Mroczne podania, opowieści i legendy wschodniej Słowiańszczyzny"

 
Kierunek - wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja. I nie ma wątpliwości, że jest ona bogata w kulturę, długą tradycję i obfity folklor, z którego czerpać można garściami. 

Rosja to kraj geograficznie nam bliski, ale bardzo słabo znany. Mentalnie byliśmy zawsze z jednej strony Zachodni, z drugiej, łatwo było nam nawiązać współpracę z ludźmi ze Wschodu. Świadczył o tym do niedawna fakt, że wielu menedżerów polskich wyemigrowało do pracy w Rosji. Z jednej strony my Słowianie, z drugiej cywilizacja łacińska. Ale dobra, dosyć tego nachalnego wstępu. 

Malachitnica

Jarosław Łojek po opublikowaniu "Legend i podań Słowian" postanowił pójść za ciosem i zaprezentować nam w szczegółowej postaci legendy sąsiednich narodów. Tym razem praca została zawężona tematycznie do obszaru dawnej Rusi (czyli m.in. obecna Ukraina), współczesnych Wielkorusinów i to zarówno słowiańskiej części europejskiej Rosji, jak i innych ludów zamieszkujących jej tereny. Mamy tutaj zarówno czasy przedchrześcijańskie i współczesny folklor. Autor zaczyna od przedstawienia podań ruskich, skąd przechodzi do historii z Moskwy, Petersburga, innych obszarów europejskiej Rosji, Krymu, by następnie podążyć przez Syberię, kończąc na uwielbianych przez nas tych o słowiańskich bogach i demonach. 

Pewne historie poruszają wyobraźnię i skojarzenia. Na pewno Menk, jako rosyjski Yeti napawa przekonaniem, że chyba za daleko stąd poszukujemy wielkiej stopy, która mogła żyć w sąsiedztwie. 

Menk, rosyjski Yeti. 

Jezioro Brosno jako rosyjskie Loch Ness. Czasem zastanawiałem się, czy Stonenhenge nie jest miejscem zbyt przereklamowanym widząc Arkaim. Jak widać, nie trudno na terenie Rosji znaleźć "brytyjskie akcenty". 

Słowiańska Nessie z Brosna.

Niektóre legendy wpędzają w osłupienie. Zaciekawiły mnie historie o Cmentarzu Małochotińskim, gdzie odbywały się sabaty czarownic. Tak samo jak te groby alchemików. Po raz kolejny folklor zachywca bogactwem czegoś, co tygryski czarownictwa lubią najbardziej. Już te historie o podziemnych tunelach w Rosji nasuwają skojarzenia.



Stara, rosyjska gra "Lochy Kremla" najwyraźniej inspirowana była wieloma legendami o podziemnych tunelach w Moskwie. 

Historia Lanceputich wskazuje, że tradycja rosyjskiej ruletki jest znacznie starsza w tym kraju niż byśmy się tego spodziewali. 

Morski Car, ojciec Wasylicy. 

Cóż dodać? Niektóre podania tłumaczą historię na sposób czysto turbosłowiański, ale pamiętajmy, że w ich przypadku jest to naturalne zjawisko. Światu potrzebne są mity, a zmieniają się one w poszczególnych epokach.  


Cóż rzec jeszcze na koniec? Ogółem świetne i nowatorskie opracowanie legend z obszaru Federacji Rosyjskiej. Dowiedziałem się wielu nowych ciekawostek na temat lubianych przez nas postaci z folkloru słowiańskiego. Poznałem kilka nowych historii i bajek. 


czwartek, 7 października 2021

Jarosław Łojek "Legendy i podania Słowian"

 

"Legendy i podania Słowian" Jarosława Łojka to, jak wskazuje tytuł, obszerny zbiór przekazów pochodzących z folkloru ludów słowiańskich. Przenosimy się z powrotem do świata swojskich nam wierzeń i baśniowych dziejów. Autor wykonał lwią pracę zbierając legendy i podania z obszaru całej Słowiańszczyzny; od mniej znanych opowieści o wilkołakach, czarownicach, po popularniejsze bajki o ruskich bohaterach. Dzielni i sprytni książęta, boguny, dziwożony ... na dobrą sprawę wypadałoby zapytać, czy autor w ogóle pominął cokolwiek wartościowego? Bogowie, demony, herosi, cwane księżniczki czy ofiary składane bogom. To wszystko zebrane w całość i przedstawione w postaci krótkich historii. I znowu to co swojskie staje się nam bliższe. 


Jeśli ktoś nie zna wątków, na których oparty był np. film "Ostatni bohater" to książka wystarczy by w pełni uzupełnić braki. 

Chociaż większość z przedstawionych w "Legendach i podaniach Słowian" historii pochodzi z czasów późniejszych (co zresztą autor zaznaczył na wstępie), mamy tu bardzo silne podłoże kultury przedchrześcijańskiej. Nie brakuje wręcz rdzenia słowiańskości - upiory, południce, żmije. Łojek nie pominął istot, które przedostały się do naszej tradycji, choć pochodzą najprawdopodobniej z folkloru innych ludów m.in. krasnoludki, olbrzymy czy karakondzuły. 

Widać też gołym okiem, że kiedy uważnie przeanalizujemy większość z tych legend dostrzeżemy w nich wręcz wyobrażenia o naszych przodkach, które w świetle współczesnej nauki bledną będąc dalekimi od ustalonych faktów. Trudno jednak nie zgodzić się z opinią, że opowieści te przekazują w pełni pyszny, słowiański smak naszego dziedzictwa kulturowego. 

Wypełniona pięknymi ilustracjami praca w pełni przenosi nas w dawne czasy kiedy to człowiek bał się przyrody i wiedział, że przy nawet najmniejszych występkach dopadnie go tzw. sprawiedliwość ludowa. 

Książkę wręcz trzeba przeczytać bo doskonale uzupełnia naszą wiedzę o słowiańskim folklorze. Wiele historyjek w niej opisanych było dla mnie absolutną nowością, zwłaszcza te pochodzące z terenu południowej Słowiańszczyzny. Ale nie tylko. Dobry wybór tekstów, przystępna narracja sprawiają, że książkę czyta się niczym sielankę; nawet rozdziały o upiorach po zmroku czy o wodnych demonach czytane nad jeziorem nie wywołają w nas lęku. 

Gorąco polecam! 


niedziela, 28 lutego 2021

Klaudia Migacz, Anna Lewicka "Leksykon dzikich kobiet"

 
No to idziemy na dzikie baby. Z drugiej strony należałoby się zastanowić, czy istnieją jakieś inne? 

Z książki autorstwa Klaudii Migacz i Anny Lewickiej wynika, że do dzikich kobiet należy zaliczyć przede wszystkim te, które mają zoomorficzne talenty oraz teratologiczną historię. "Leksykon dzikich kobiet" to znane żeńskie postacie z wierzeń, folkloru czy literatury całego świata. Wszystkie łączy wspomniana jedna cecha - potrafią zmieniać się w zwierzęta, same były zamieniane w zwierzęta lub posiadają zwierzęce elementy w wyglądzie. Wędrujemy po całym świecie, z przewagą pań z Japonii i kultury celtyckiej. Nie brakuje odniesień do dam lokalnych (m.in. wiły), co jak wszyscy wiedzą bardzo cenię. 

Ilustracje Klaudii Migacz sprawiają, że warto po książkę sięgnąć. Nieco gorsze zdanie mam o samej treści. Na dobrą sprawę "Leksykon dzikich kobiet" to lektura na szybkie dwie godziny czytania. Obrazek, następna strona to imię postaci i miejsce pochodzenia, potem kilka encyklopedycznych informacji o bohaterce na raptem pół strony, na końcu fragment literackiego tekstu. Powiem szczerze, trochę to komercją zalatuje. Książka  mogła być znacznie treściwsza, przedstawić więcej bohaterek lub przynajmniej coś więcej opowiedzieć o tych, które już się w niej znajdują. Napisana jest moim zdaniem po najniższej linii oporu. 

Nie brakuje merytorycznych wpadek. O "Zajęczycy": 

Celtowie uważali go też za ulubione zwierzę Ostery, bogini wiosny (zwanej też Ēostre), i wierzyli, ze w każdą pełnię księżyca przyjmuje ona postać zwierzęcia. (s. 154)

Istnienie kultu samej Ēostre jest lekko kwestionowane. Poza tym, jak już, to była ona domniemaną boginią Anglosasów, a wiec Germanów (Anglowie, Sasi i Jutowie) nie Celtów. Zresztą poprawna forma to "Ostara" nie "Ostera". 

Komercha i tyle.

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Bohdan Baranowski "Pożegnanie z diabłem i czarownicą. Wierzenia ludowe"


 "Haeresis est maxima opera maleficiorum non credere" 
("Największą herezją jest nie wierzyć w sprawy czarodziejskie, s. 327)

Tak, tak. Coś o tym wiem. Rozstanie z diabłem to rzecz smutna. Z pewnymi czarownicami już mniej, ale są i takie za których walorami nie sposób nie tęsknić. Choć mnie za pewne przeklęłyście drogie panie, to wiedzcie, że ciągle o was myślę. Gdziekolwiek byście w moje zdjęcie igieł nie wbijały pamiętajcie, że swoimi "kobiecymi czarami" omamiłyście mnie tak, że na pewno aż do trumny zachowam te wspomnienia.

Dawno temu miałem okazję przeczytać książkę "W kręgu upiorów i wilkołaków". Zdecydowanie zaliczyłem ją do lepszych opracowań na temat polskiej demonologii ludowej. Wydawnictwo Replika sprawiło nam ogromną przyjemność wydając kolejne edycje starych prac Bohdana Baranowskiego. Tym sposobem możemy dalej zgłębiać klasykę gatunku, a nie od dziś wiadomo, że stare, treściwe prace, które często są trudno dostępne zawierają cenne informacje w przeciwieństwie do wielu współczesnych publikacji. Martwi mnie tylko jedna rzecz, o której informowała nas Pijana Morana, mianowicie, że w nowym wydaniu jednej z książek brakuje pewnych fragmentów tekstu. Osobiście okrajanie czyichś prac nawet z pojedynczych zdań uważam to za zbrodnię przeciwko autorowi. Czasem jedno słowo ma kluczowe znaczenie dla jakiegoś tematu, a skazywanie tego na zapomnienie to po prostu niszczenie czyjejś pracy. Miejmy nadzieję, że tutaj mamy wszystko co trzeba. 

Diabły, czarownice. Tego nigdy dosyć. Baranowski przenosi nas do świata ludowych wierzeń, praktyk i zabobonów. Oprócz tradycyjnych podań i historii spotykamy te lekko zmodernizowane przez czas.
- Cała wieś zatłuc powinna kłonicami cholerę! Utopić ją! Ludzie zdrowie i życie potracili przez jej czary. Milicja zamiast zastrzelić lub zgnoić w więzieniu, jeszcze ją ochrania. Gdzie ta sprawiedliwość!" (s. 6).
Książka z czasów epoki PRL, co widać po treści. Śmieszy mnie to, że środowiska samozwańczych "liberalnych" neopogan tak krytycznie odnoszą się do państw z silną władzą. Zwłaszcza politopoprawne czarownice potępiające np. rządy Apartheidu w RPA. Nie jest tajemnicą, że kiedy miał on miejsce to wszelkie polowania na afrykańskie wiedźmy były nielegalne, a prawo i aparat władzy chroniły je. No, ale z czasem się to zmieniło, przez co polowania na czarownice stały się normą. Na pewno cieszy to feminazistki w szpiczastych kapeluszach. Jak widzimy za PRLu było identycznie. Oczywiście nie bronię tutaj dawnego ustroju, wszyscy wiemy czym się skończył i jaką przyszłość mają wszelkie "czerwone" ideologie. Niemniej pokazuje to, że tam gdzie silna władza tam wiedźmie nikt krzywdy nie zrobi, w przeciwieństwie do państw "tolerancyjnych, demokratycznych", gdzie przemoc przeciwko nim jest na porządku dziennym. A logika pewnych pań pokazuje samo sedno ich IQ ... 

Dużo zjawisk opisywanych przez Baranowskiego jako ludowe zabobony i ich źródła do złudzenia przypominają mi współczesne fejk-niusy, teorie spiskowe i wiarę we współczesne bzdury rozprowadzane za pośrednictwem portali społecznościowych.

Wciągnął mnie wątek literatury jarmarczno-odpustowej.
Szczytem bezsensu może być informacja, którą otrzymałem w 1946 r., że zaraz po wojnie pewien wojskowy lekarz wstrzykiwał diabła za pomocą strzykawki. Rzekomo kilkanaście osób, którym początkowo dokuczały drobne dolegliwości, pod wpływem złego ducha robiło później wrażenie obłąkanych. (s. 166)
Czy to do złudzenia nie przypomina historyjek o autyzmie w szczepionkach? Jest jeszcze wątek medyczny niesamowicie popularny w 2020 roku:
Utrzymuje się jeszcze pogląd, ze zły duch może wzlecieć do wnętrza człowieka przez szeroko otwarte usta. Należy więc, zwłaszcza gdy jest się świadkiem kropienia ludzi wodą święconą, uważać, aby zły duch opuszczając ciało jednej osoby, nie wszedł do innej (s. 166).
 Czy to też nie wygląda znajomo?


Pamiętajmy jednak, że współczesne zabobony działają w dwie strony, zatem jedni będą twierdzić, że nie ma pandemii (z czysto psychologicznej strony - słyszymy to co chcemy słyszeć, jesteśmy przemęczeni tematem koronawirusa, zatem uwierzymy w każdą teorię spiskową, którą ktoś udostępni na Facebooku, że jest to ściema, nie ma żadnej pandemii, ktoś stara sie na tym zarobić). Drudzy z kolei uwierzą w cudowną moc maseczek ochronnych:


I tu Baranowski przytacza fragment tekstu Oskara Kolberga:
Jeszcze w drugiej połowie XIX w. można było oglądać w Częstochowie pielgrzymów, którzy "największą przejęci trwogą, szkaplerzami, krzyżykami lub medalikami świętymi podczas obrzędu tego usta sobie zatykali, aby zły, wyszły z opętańca ustami do którego z nich nie wleciał" (s.166).
Prawda, że znajome? Albo to:
W lipcu 1963 r. pojawiła się we Wrocławiu ospa. Masowe szczepienia, obawy przed rozszerzeniem groźnej epidemii powodowały różne komentarze. Sam słyszałem, jak pewna jejmość opowiadała, że ma dokładne wiadomości ze sfer dobrze poinformowanych, iż źródłem epidemii były ampułki z zarazkami przesłane z Izraela w celu wygubienia chrześcijan (s. 165).


Tu bym się jednak podwójnie zastanowił. Na razie zostawię temat bez odpowiedzi.

Tak jak pewne teorie spiskowe powstały sto lat temu (np. ta, że leczenie kanałowe zębów powoduje raka oparta została na pseudonaukowej pracy, która nigdy nie została zatwierdzona przez środowiska akademickie, a jedynie znalazła się po stu latach w sieci z jakimś komentarzem), ale z tego wynika prosty wniosek - umysł ludzki działał tak samo 2000 lat p.n.e. jak i dziś. Zabobony, w które wierzyli ludzie pięćset lat temu działają tak samo dziś, różni je tylko sfera symboliczna. Dawniej diabeł, dziś autyzm. Mówi się, że mamy XXI w., a ludzie są ciemni jak w średniowieczu. Podejrzewam, że i za 200 lat będą kolejni, którzy uwierzą w Obcego wstrzykiwanego w szczepionce by zniszczyć ludzkość. 



Śmieszy mnie peerelowski model systemu wspierany przez autora, pisanie o złym wyzysku kapitalistycznym. Może dawniej i tak było ale dziś już nie trzeba cyrografów tak często podpisywać.
Założył szpital fabryczny, przytułek, szkoły, organizował kasę emerytalną. Ale jednocześnie Schleiber w bezwzględny sposób wyzyskiwał swoich pracowników. (s. 143).
No tak. Powyżej świetny przykład kapitalistycznego zła. Może miał im płacić za nierobienie niczego, a w fabryce powinny były harować diabły? Infernofobia ... Ale nie ma co się dziwić autorowi, że wspierał system - cenzura robiła wtedy swoje.

Uroczy cytat z Berwińskiego:
Czarownice "nie są to narodowe, rodzimą wyobraźnią ukształcone postacie, ale są kosmopolitki; nie w tym lub owym kraju urodzone i wychowane, ale spłodzone i na drodze rozstajnej, pomiędzy światem doczesnym a wiecznym, z ojca wojującego Kościoła i z matki ciemnoty" (s. 172).
Oj tak. O wiedźmy nacjonalistki trudno w tych czasach. Ale na szczęście zdarzają się też te dobre. No i śmieszy mnie wzmianka, że czarownice dziś korzystają z dogodniejszych środków komunikacji. Oczywiście, że tak - pociągi, samoloty, autobusy. Nawet taksówki. Te legendy o samolotach odrzutowych czy samochodach na Łysej Gorze muszą mieć jakieś podstawy. Znowu wiccanie nie dochowali dyskrecji. Ale w sumie już nic do ukrycia nie mają, odkąd wiedza o ich tajemnych misteriach jest opisana już w jednej z publikacji na polskim rynku. 

Co by dużo nie pisać książka jest po prostu świetna. Szybko się ją czyta, zawiera wiele cennych informacji opartych o badania terenowe. Baranowski także przytacza literaturę zachodnią i powołuje się na mniej znane, stare opracowania naukowe. 

Dzieło genialne, gorąco polecam wszystkim miłośnikom tematu!

sobota, 27 czerwca 2020

Witold Vargas "Bestiariusz - zwierzęta"


Za siedmioma galeriami handlowymi, za siedmioma skrzyżowaniami, za siedmioma blokowiskami sami dobrze wiecie co było. Nie wiecie? No dobra zostawmy ten temat na inną okazję. 

Teraz dla odmiany Witold Vargas zabiera nas do świata naszej polskiej fauny; poznajemy zwierzątka. Te dzikie, te hodowane na wsiach, te mityczne. Ptaki, gady, owady, gryzonie ... wszystko co zamieszkuje obszaru lechickie. "Bestiariusz - zwierzęta" to ludowe legendy o ich tajemniczych początkach. Dowiadujemy się m.in. jakie lekarstwa można z nich przyrządzić. Z pozoru to okrutne, lecz dawniej nie było aptek, a wiedźmy nie zawsze miały dobrą reputację. Choć na pewno i tak niektóre cieszyły się większym autorytetem niż te niektóre co żyją dziś. Skoro już poruszyliśmy temat wiedźm to w "Bestiariuszu - zwierzęta" znajdziemy kilka sposobów jak je odganiać, odstraszać czy zdemaskować. Nie wiedziałem, że np. pająki w domach przed nimi chronią. A ja tak nie lubię tych owadów. Chyba zmienię nastawienie. 


Zabobony, schrystianizowane legendy, magiczne preparaty. Zaciekawiły mnie te historie podobne do biblijnych apokryfów. Nie wiedziałem, że żeby podsłuchać mowy zwierząt w Wigilię Bożego Narodzenia potrzebny jest sęk od trumny. Synowe Noego były gadami. To, że kot zjada ciało umarłego to w sumie nic nowego. Słyszałem o jednej pani, która miała w domu siedem kotów. Kiedy zmarła w łóżku, a żyła samotnie - znaleziono ją ostro nadjedzoną przez te urocze istoty. Głód  nie wybiera. Nie wiedziałem też, że w Polsce zrzucano żywego kota w naczyniu z wieży na wzór tego co robiono do niedawna z kozą w Hiszpanii. Nasi przodkowie jak widać też mieli rozrywkę. Dowiedziałem się jak wyhodować jarchuka. Tylko skąd ja wezmę czterooką sukę? Pełno ciekawostek, opisu zabobonów, medycyny ludowej, a także przeróbek mitów, tak słowiańskich, greckich jak i innego pochodzenia. 

Nie jest to wprawdzie praca naukowa, lecz popularyzatorska. Niemniej napisana została przystępnym językiem i wciąga swoją treścią. No i oczywiście klimatu dodają urocze ilustracje, które potęgują ludowy klimat.

Gorąco polecam! 

środa, 12 czerwca 2019

Elżbieta Lisowska "Astrokoty. Kocie horoskopy"


W gazetach czytamy dużo horoskopów, które ku naszej niewiedzy najczęściej pisane są nie przez astrologów tylko przez dziennikarzy. Rzecz jasna poświęcone są one ludziom, rzadko kiedy państwom, wydarzeniom czy nawet naszym pupilom. Tutaj nastąpił miauczący obrót sprawy. 

"Astrokoty. Kocie horoskopy" to książka nie długa, nie krótka lecz w sam raz na jeden dzień rozrywki. Elżbieta Lisowska iranistka, doktor religioznawstwa przenosi nas w świat kociego horoskopu. Praca składa się z dwóch części - pierwsza poświęcona jest klasycznemu europejskiemu, druga chińskiemu.
 
Książkę przeczytałem z czystej ciekawości. Kotów nigdy nie miałem. I kompletnie nie wiedziałem, że są one tak zróżnicowanej natury. Do tej pory myślałem, że w przypadku tych uroczych zwierzątek jest podobnie jak u psiaków - to cechy rasy powodują, że jedne są agresywne, drugie potulne, jedne zdrowsze, drugie inteligentniejsze etc. Okazuje się, że nie! Nawet czas urodzenia może determinować koci temperament.

Ciekawe opisy, ciekawe porady, choć przyznam, że wielu z nich nie potrafiłbym sprostać, gdybym zdecydował się na takiego futrzaka - zarówno jeśli chodzi o potrawy jak i warunki do radosnego życia. Cóż! Kto z nas nie chciałby mieć domu za miastem i zasadzić w ogródku kocimiętki? Podejrzewam, że mało kogo stać na taki luksus. 

Książka ciekawa, napisana z powołaniem, co da się wyczuć czytając tekst. A już opisy potraw, jakie należy kociakom serwować pobudzają apetyt.

środa, 14 listopada 2012

Paweł Rutkowski "Kot Czarownicy. Demon osobisty w Anglii wczesnonowożytnej"


Już na wstępie zauważyłem, że autor opiera swoją pracę między innymi o Emmę Wilby, a także dobre pozycje, które można sobie bez problemu ściągnąć z Internetu. Jest też, wydana niedawno Maria Pilaszek, a więc bibliografia mówi sama za siebie. Warto czytać dalej!

O czym jest to grube, ponad 440 stronicowe dzieło? Wbrew tytułowi wspomina o większej ilości zagadnień. Pierwszy rozdział jest o magii, sławnych magach. Drugi, szerzej o zwierzętach, które wiernie służyły "czarownicom". Nie tylko koty pełniły tę zaszczytną funkcję; było trochę tych zwierzaczków; od tchórzofretek po zające. Karmienie ich krwią, hodowanie, pakty z Szatanem, więzy krwi, blizny, kopulacja z diabłami ... Czyli wszystko czego potrzeba do dobrej książki o czarownicach.

Autor poświęcił masę czasu, dobrał wspaniałe źródła. Podziwiam go za to. Może faktycznie trochę za dużo zagadnień zebrał do jednej książki, ale w żadnym wypadku nie umniejszają one zawartości tekstu.

Przejdźmy zatem do ciekawostek. 

Zaskoczyła mnie wzmianka o "kociej masakrze" w XVIII wieku, kiedy to grupa czeladników urządziła sobie parodię sądu, gdzie na śmierć przez powieszenie skazano kilkanaście kotów. Niezłe widowisko. Równie brutalny był opis zamordowania i ugotowania kota dla porównania z kotem urodzonym przez rzekomą czarownicę Agnes Bowker.

Autor poświęcił trochę uwagi "Zaklęciu Pnouthisa", greckiemu papirusowi, (być może pseudoepigraficznemu) listowi egipskiego skryby Pnouthisa do niejakiego Keryxa, stanowiący szczegółową instrukcję jak przywołać i zjednać sobie paredrosa, opiekuńczego ducha. Wcześniej się z tym nie spotkałem, a uważam to za śliczny magiczny tekst. Co ciekawsze, ów paredros mógł być czaszką! Czyżby z tego wyrosła kolejna idea, obecna do dziś nawet w niektórych gałęziach współczesnego czarownictwa? Ciekawa jest historia o biskupie Cezarei Bazylim Wielkim i senatorze Proteriuszu, który podpisuje pakt z Diabłem na pogańskim grobie. Za niedługo takie będą w cenie... Ciekawe są wzmianki o demonach, takich jak katabolos, oniropompos czy pythonikos. Zastanawia mnie kwestia, czy autor nie zamienił dwóch pojęć swoimi znaczeniami - mianowicie pojęcia "magia ceremonialna" i "nekromancja". Coś mnie tu w każdym razie świerzbi ... 

Jest też ciekawa historia o duchu pierścienia. Czyżby Tolkien ją znał? Demon Alastiel miał służyć swojemu panu, tak długo, jak długo istniał pierścień. Inna ciekawostka to historia maga-łucznika z Kent, który dobrze celował niczym sławny Robin Hood. Może i tutaj te dwie legendy tak na prawdę mają wspólny rdzeń. 

Taki cytacik z innej beczki:
W 1337 roku przed sądem w Hatefield w Yorkshire pojawił się Robert de Roderham, wnosząc pozew przeciwko Johnowi de Ithon, który zobowiązał się dostarczyć mu, za sumę trzech pensów, związanego paktem Diabła ("Diabolum ligatum in quodam ligamine"), lecz, pomimo przyjęcia zaliczki, w określonym czasie się z tego nie wywiązał. Sąd zdumiony i rozsierdzony tym, że taka skarga mogła się w ogóle pojawić "pośród chrześcijan", odesłał obie strony do trybunału  piekielnego jako najwłaściwszej dla tej sprawy instancji (innymi słowy, posłał ich do diabła!), a na koniec, dając dodatkowo upust swojej irytacji, skorzystał ze swoich uprawnień i ukarał obu zwaśnionych grzywną. (s.178)
Ciekawy był przypadek czarownicy Temperance Floyd, która za to, że nie wykonała zadania swojego pana, dostała w twarz pięścią tak, że został ślad... Tak sobie myślę, że też dawniej czarownice nie przesalały zup jak dziś. Powstrzymać przemoc w czarownictwie!

Ciekawostką były sutki czarownicy napełnione zgnilizną, podobnie jak to, że dawniej Diabeł wymagał aktu apostazji od czarownic. Penis Diabła również doczekał się szerszego opracowania, a już sperma zrobiona z ciał zmarłych nie była gorszą kwestią od sromu czarownicy ... Niestety nie miałem długopisu pod ręką i nie zanotowałem o co chodziło. Na końcu w Epilogu znalazłem ciekawą wzmiankę w przypisie:
Prawo karzące fałszywe czarownice i fałszywych magów, oraz wszelkie osoby rzekomo zadające się z duchami, uchylono dopiero w 1951 roku. (s.437)
Co to za mit? Ta data jest bardzo istotna dla historii wicca! Zostawmy to na inny raz.

Książka pełna ciekawostek, wielu nowości i solidnej treści. Warto, gorąco polecam!