Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Replika. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2026

Aleksandra Seliga "Dziady. Pomiędzy literacką fantazją a ludową obrzędowością"



"Dziady. Pomiędzy literacką fantazją a ludową obrzędowością" (Replika, Warszawa 2025) to krótka, czterdziestostronicowa książeczka, w sumie dłuższy artykuł. Dotyczy oczywiście jednego z ważniejszych słowiańskich świąt, czyli Dziadów. 


Co można by tutaj powiedzieć? 

Tematu nie da się dobrze przedstawić na tak krótkiej przestrzeni. Autorka stara się pisać o wszystkim, czyli naturalnie wychodzi z tego "o wszystkim, i o niczym". Myślałem, że więcej dowiem się na temat praktyk związanych z omawianym świętem lecz prawda jest taka, że więcej wiedziałem już wcześniej. 
O nazwie Dziady:
Oznacza ona bowiem zarówno "zmarłych przodków bez różnicy płci", jak i owo święto na ich cześć odprawiane, przy czym najprawdopodobniej to nazwę dusz przeniesiono na uroczystość, nie odwrotnie (s.20). 
A w pewnych regionach miało to znaczenie - świętowano "baby" na cześć kobiet oraz "dziady" na cześć panów. 

Ogólnie książka ma zbyt mało miejsca, żeby przedstawić temat szerzej. Autorka nie przedstawiła uczty kozła, a na bazie źródeł można dostrzec różnice pomiędzy dziełem Mickiewicza  a źródłem inspiracji. 

Powiem, że to trochę komercyjne opracowanie.

Czy polecam? Średnio. 


PS.

1) "Państwo i społeczeństwo", a nie "Prawo i społeczeństwo" ... 

2) Oczywiście temat można wyczerpać na maksa. 
Przytoczmy więc to, o czym pani Seliga nie pisała lub tylko napomknęła.


Kanun. A czym on jest? Najczęściej jest to osłodzona miodem lub cukrem woda (nazywana też sytą), do której kruszy się pieczywo, chleb, obwarzanki lub słodkie bułki. Czasami pod tą nazwą występuje również bezalkoholowy napój ze sfermentowanej mąki i słodu. Rzecz jasna pity na cześć dziadów.


Dużo można pisać o uroczystej wieczerzy przypominającej tradycyjną, wigilijną bożonarodzeniową. To, że liczba potraw w zależności była parzysta lub nieparzysta (Seliga podaje tylko, że liczba musiała być parzysta). By nie obrazić zmarłego, pieczywo nie mogło to być kupione lecz musiało być upieczone w domowym piecu. Wypiekano je dzień wcześniej, uważano bowiem, że w Dniu Zmarłych piec nie należy w obawie przed pożarem. Dlaczego? Do pieca mogłaby wejść jakaś dusza, a chcąc się z niego wydostać, mogłaby go rozsadzić lub wyważyć drzwiczki, wyrzucając do izby płonące szczapy lub węgle. Uważano, że wiejskie pożogi zagród w okolicach tego święta powstają właśnie na skutek nieprzestrzegania tej niepisanej zasady i działania rozgniewanych duchów, którym zakłócono spokój wiecznego spoczynku. Wygląd i nazwa tego pieczywa zależały od regionu: Na Lubelszczyźnie (powałki), na Ziemi Ciechanowskiej (peretyczki). W dostępnych pisanych źródłach opisuje się je jako długie bułki z odciśniętym pośrodku krzyżem. Na cmentarz można było je zanieść dopiero po poświęceniu przez kapłana. Przy czym ich ilość powinna była odpowiadać liczbie zmarłych członków rodziny. Czasami dodatkowo je ozdabiano wzorami, mającymi przypisać je do konkretnego zmarłego. Na Kujawach i południowym Pomorzu przywożono na cmentarze pełne wozy chlebków, które przeznaczone były dla tzw. dusz pustych (bezimiennych), o których albo nikt nie pamiętał, albo osoby im najbliższe także już umarły.


Jedzenie dla dusz zmarłych wraz z wódką lub winem zostawiano na noc na stole. Natomiast dawni mieszkańcy Kaszub i Kociewia, głęboko wierząc w nocne wędrówki dusz, w wigilię dnia zmarłych wykładali na zewnątrz parapetu okiennego ulubione potrawy zmarłych, najczęściej tylko owoce i słodycze. Zazwyczaj przysmaki te padały pastwą zwierząt, czasem psa, który zerwał się z łańcucha. Natomiast, jeśli jedzenie pozostawało rano nietknięte, martwili się, dlaczego istotom z zaświatów ono nie smakowało. 


Wieczorem też uchylano drzwi wejściowe, aby dusze zmarłych mogły odwiedzić swoje dawne mieszkania. Był to znak gościnności, pamięci i życzliwości. Często nawoływano zmarłych po imieniu. 


Po zmierzchu przez dwa pierwsze dni listopada zabronione było wykonywanie pewnych prac domowych: klepania masła, deptania kapusty, maglowania, przędzenia i tkania, cięcia sieczki, wylewania pomyj i spluwania. Powodem była obawa przypadkowego rozgniecenia, skaleczenia czy znieważenia odwiedzającej dom duszy.


Wiara w zmartwychwstanie dusz w tym dniu była ogromna. Krążyły nawet liczne opowieści naocznych świadków, którzy podobno widzieli blade twarze wędrujących dusz z płonącymi zniczami w rękach. Słyszeli ich śpiew i głosy w czasie nabożeństwa. Na cmentarz ludzie chodzili gromadnie i dokonywali rytualnych uczt.  Rozpalali ogień, przynosili jedzenie oraz alkohol, które spożywali w symbolicznej obecności zmarłego. W niektórych regionach wino lub wódkę wylewano na grób. Musiała to jednak inna butelka niż ta, z której spożywali żywi. Na grobie składano jajka jako symbol pewnego zamykania czasu i przestrzeni oraz chleb – znak dobrobytu.


Dawniej zaświaty kojarzyły się ludziom z bezkresem, miejscem pozbawionym barw, zapachów, zimnem. Dlatego zapalano ogień, by wskazywać zmarłemu drogę. Ogniska, rozkładane przy domach, miały podobny charakter. Znicze i świeczki w naszych czasach to echa tej dawnej tradycji. 



Według wierzeń Warmiaków przez trzy dni w roku mogli się oni spotkać z duszami swoich zmarłych przodków. Były to: wigilia Bożego Narodzenia, noc przed niedzielą wielkanocną i Dzień Zaduszny. Wierzono, że dusze zmarłych przychodzą do domu, by się ogrzać. Posypywano ławy stojące obok pieca piaskiem, by rankiem odczytać z pozostawionych śladów czy rzeczywiście dusze przyszły w odwiedziny. Warmiacy, przygotowując się do święta Wszystkich Świętych, starannie porządkowali i stroili groby bliskich. Mogiły ozdabiano przede wszystkim świerkowymi gałązkami i owocami leśnymi a krzyże koralikami nanizanymi na cienki drucik. Tradycyjne potrawy jakie spożywano w dzień zaduszny na Warmii musiały być w kolorze ciemnym. Podawano wówczas czerninę, kaszankę, kaszę gryczaną oraz pieczywo gryczane. W tych dniach istniały też przesądy i zakazy związane z wędrówką dusz zmarłych.


Gospodynie nie mogły rozwieszać prania, bo według wierzeń dusze mogły się w nie zaplątać. Nie wolno było także wylewać wody za próg, by nie oblać wędrującej duszy.

I tak dalej, i tak dalej można by ten temat rozwijać. 

wtorek, 28 lipca 2026

Jerzy Strzelczyk "Zapomniane narody Europy"

No to ponownie przenosimy się myślami do czasów starej Europy. Czasów, kiedy barbarzyńskie ludy rezały się nawzajem dając podstawy przyszłym nacjom, których etosy znamy już nieco lepiej. Jerzy Strzelczyk "Zapomniane narody Europy" (Replika, Poznań 2025) to wyższa historia. Autor omawia tu wiele wspomnianych w kronikach tajemniczych plemion, żeby wymienić kilka z nich: Wenetowie, Swebowie, Alanowie, Piktowie, Longobardowie, Wiślanie, Chazarowie, Obodrzyci, Jaćwięgowie, Drzewianie Połabscy. Dobra! Wymieniłem wszystkie. Niech tak zostanie. 

Olbrzymia dawka informacji niezwykle treściwych. Dziwi mnie to, że jest to książka popularnonaukowa, skoro zawiera tyle dobrego materiału i to napisanego bardzo porządnie. Najbardziej oczywiście wciągają tematy dotyczące Słowian i spraw im bliskich. Nie zmienia to faktu, że o innych narodach też warto poznać trochę ciekawostek. Z racji tego, że historykiem nie jestem uwag merytorycznych mieć nie mogę. Miałem jednak baczenie na zamieszczoną pod konie książki obfitą bibliografię; jest to bardzo dużo cennej literatury historycznej.

Ogółem, polecam bez dwóch zdań! 



sobota, 28 lutego 2026

"Helmolda kronika Słowian" wstęp i opracowanie Jerzy Strzelczyk


Kolega Welerad na jednym ze spotkań Gniazda Żmija ZWRP "Ród" zasugerował, że koniecznie przeczytać należy "Helmolda kronikę Słowian". 

To cenne dzieło stało się łatwo dostępne dla wszystkich dzięki wydawnictwu Replika (2024, tł. Józef Matuszewski). Jak powszechnie wiadomo, jest to absolutny klasyk, który zawiera tyle samo cennych informacji co i przekłamań, historycznych niezgodności i drobnych pomyłek, które badacze zweryfikowali na przestrzeni lat. Tekst ten przyczynił się do poszerzenia wiedzy o religii dawnych Słowian, choć przyznam, że fragmenty dotyczące kultu źródeł, kamieni, lasów, boga Prowe, Podaga czy Świętowita notorycznie powtarzane były we wszystkich opracowaniach. 


Książkę ciężko się czyta, historia przedstawiona w niej jest bardzo sucha. Kilka jednak informacji warto zapamiętać oprócz tego, że Słowianie składali ofiary z chrześcijan, a głowę jednego biskupa nadziali na dzidę i wystawili na widok publiczny. 

Słowianie bowiem z natury są wiarołomni i złośliwi, należy się ich zatem strzec (s.121). 

Nie oszczędzają ponadto kościołów, które zrównują z ziemią, cmentarzy, klasztorów. W wojnach biorą udział wyłącznie dla rabunków. Mordują księży ... Ech ... I pomyśleć, że to samo robią co jakiś czas współcześni metalowcy to po prostu tradycja. 


Zaciekawiła mnie też klątwa rzucona na dynastię Salicką. Praktycznie to samo co w przypadku Jakuba de Molay, na Henryku V wygasa linia. 

Klasyki gatunku nie ma co za bardzo omawiać. Warto się z nią jednak zapoznać. Polecam! 

sobota, 13 grudnia 2025

Michaela Gajdošíková-Šebetovská "Weles. Słowiański bóg zaświatów"


Początek grudnia to czas najbardziej "chtonicznych" dni w roku. Po okresie wróżb i duchów kopalni przychodzi noc, podczas której grasuje Krampus. Następnego dnia św. Mikołaj, którego związki z Welesem na Wschodzie są oczywiste. 7 grudnia La Quema del Diablo w Gwatemali. I w istocie zrobiło się iście diabelsko. 

Panowie! Grzejemy ogony. 

Skoro już jesteśmy przy sferze chtonicznej, diabłach i innych swojskich klimatach to przejdźmy od razu do postaci Welesa. Michaela Gajdošíková-Šebetovská "Weles. Słowiański bóg zaświatów" (Replika, 2025) to kolejne, pełne opracowanie poświęcone tytułowemu, jednemu z najlepiej udokumentowanych w źródłach słowiańskiemu bogu.

Co tym razem? Kilka nowości i zwłaszcza porównań do bogów innych panteonów, które do tej pory nie były zbyt często wałkowane. Jest plus. Kolejną mocną stroną lektury jest to, że Gajdošíková-Šebetovská dobrze rozprawia się z poglądem, że mit wyłowienia wcale nie musi być zapożyczeniem od ludów ugrofińskich; autorka dostrzega duże podobieństwa w micie Waruny czy u bałtyjskiego Welniasa. Zostajemy na starych śmieciach w naszym religijnym światopoglądzie (Łuczyński baj, baj!). 

Omówione zostają wszystkie źródła włącznie z wykluczeniem treści pochodzacych z popularnych apokryfów, porównania bogów z kilku panteonów i wątków folklorystycznych oraz kręgi semantyczne. 

Ogólnie wszystko czego potrzeba do dobrej pozycji na temat boga Welesa. Książkę wszystkim gorąco rekomenduję & Sława Welesowi! 


czwartek, 27 listopada 2025

Hubert Kozieł "Demony nazistów. Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy"

Przenosimy się myślami do czasów II wojny światowej oraz tego co po niej zostało. Hubert Kozieł "Demony nazistów. Nawiedzone miejsca i okultyzm III Rzeszy" (Replika, 2025) to krótka podróż po podtytułowych przestrzeniach, jakie powstały w wyniku dokonanych morderstw i polityki Niemców z okresu lat 1939-1945. Trochę o duchach, trochę o nazi okultyzmie i historii. Ogółem ciekawe choć przyznam, że duża część pracy to tematy wałkowane po raz setny (Vril, Zakon Thule, armanizm, "Ostara", Heinrich Himmler i tajemnice zamku Wewelsburg). Pewne zagadnienia moim zdaniem nie specjalnie tutaj pasują jak choćby egzorcyzmy Anneliese Michel, który podczas jednego z opętań wspominała o Hitlerze. 

Poznałem też dużo nowych ciekawostek. Miejsca, w których straszy były, są i będą aktywne przynajmniej przez jakiś czas. Wiadomo, że z czasem zostają one "oczyszczone" z niezrozumiałych energii, które je zamieszkują. Ale to na pewno trochę dekad zajmie. Przynajmniej w pewnych przypadkach. 


Polecam! Na dwa dni jak znalazł. 


wtorek, 23 września 2025

Elwira Dresler-Janik "Córki bogini Mokosz. Leszygród. Tom 1"

Wracamy do słowiańskich klimatów. Na dobrą sprawę nigdy od nich nie odeszliśmy, a lekka przerwa zrobiła więcej dobrego niż złego. Leżąc na plaży w Złotych Piaskach w Bułgarii sięgnąłem po książkę Elwiry Dresler-Janik "Córki bogini Mokosz. Leszygród. Tom 1" (Replika, Poznań 2024). 


Słowiańskości nigdy za wiele. Bułgaria, Morze Czarne i lektura w klimacie. Tak widzi to AI.

Jest to opowieść, której fabuła toczy się w świecie pełnym słowiańskości. Opowiada losy rodzeństwa pochodzącego z dosyć patologicznej rodziny Wyszomira i radzącej sobie lub nie w życiu po jego zabójstwie. Imiona, bogowie - wszystko klasycznie. 

Cóż powiedzieć więcej? Ogółem praca jest bardzo przeciętna. Niczym na dobrą sprawę autorka mi nie zaimponowała. Nie ma tego co lubię, czyli dużego zasobu słownictwa i opisów czy to przyrody, czy otaczającego świata. Na dobrą sprawę najwięcej jest charakterystyki zadawanego bólu, ran i cierpienia. Leje się krew i świszczy od bicia w tyłek niegrzecznego Bolemira. Sama fabuła nie wydaje się również być czymś szczególnym.  

Opowiastka jak wiele innych. Nie jest to poziom Z. Nienackiego czy J.I. Kraszewskiego. Nie polecam, bo wrażenia nie robi. 


Nawet AI nie chce właściwie wygenerować słowiańskich dzieciaków w starej chatce. 

czwartek, 13 marca 2025

Lal Behari Day "Opowieści ludowe Bengalu"


Słuchając muzyki indyjskiej natrafiłem w sieci na kawałek "Tujhko Na Dekhun". Wpadł mi w ucho, a następnie zaprowadził do filmu "Jaanwar", który mocno mnie poruszył. Chyba nawet bardziej niż zakończenie ostatniego, wyczekiwanego sezonu serialu "Cobra Kai". Tym sposobem przeniosłem się myślami do Indii.

Żeby dać ujście swoim podróżom w głowie przeczytałem "Opowieści ludowe Bengalu" autorstwa Lala Behari Daya. Klasyka gatunku, stara książka, która dzięki staraniom wydawnictwa Replika stała się bardziej znana polskim czytelnikom. 


Chłopcy z Bengalu grający w piłkę wodną
.

Przenosimy się w świat indyjskich baśni.  Odwiedzamy konkretnie Bengal i mieszkających tam książąt, braminów, kobry, mięsożerne demonice, kwiaty lotosu. Budzimy księżniczki jedną różdżką, drugą je usypiamy. Sprytny szakal, szkoła złodziei ... oj cuda, cuda. 


Mojej uwadze nie umknął błąd na drugiej stronie okładki:
Śiwa - jeden z trzech głównych bogów hinduizmu. Durga i Kali - boginie będące różnymi wcieleniami Śiwy. 

Nie tak! Na stronie osiemnastej czytamy poprawną wersję, że Durga i Kali to wcielenia MAŁŻONKI Śiwy. 


Aryjskie pozostałości w ludziach z północnych Indii i Bangladeszu.

A jak tam dydaktyzm płynący z hinduskich opowieści? Na dobrą sprawę taki jak ogólnie w większości tych z całego świata. W tej o ubogim brahminie widać np. wątek znany nam z baśni o kijach-samobijach. Jak zwykle dobro zostaje nagrodzone, a zło pokonane - to grzebanie ludzi żywcem robi wrażenie, zwłaszcza w drugiej części historii o synach złodziei. Nie są to arabskie noce, nie są to też baśnie braci Grimm. Nie brakuje duchów, demonów i bogów. W sumie jest czym zadowolić oko na jeden czy dwa dni. 

Polecam! 

Opuszczamy Bengal i inne znakomite stany Indii. 


Pamiętam pierwsze wybory Miss World jakie w życiu oglądałem. Był to 1997 rok, kiedy Diana Hayden została królową. Od tej pory piękno Indii kojarzę głównie z nią. 

wtorek, 4 marca 2025

Bogusław Gierlach "Sanktuaria słowiańskie"

 

"Sanktuaria słowiańskie" Bogusława Gierlacha to stara książka z 1980 r., która ze względu na cenną zawartość ukazała się ponownie nakładem Wydawnictwa Replika. Omówione zostały w niej stare, klasyczne "słowiańskie" tematy, dużo jest archeologii, ze szczególnym uwzględnieniem pochówków.  

Uważam, że autor przedstawia wszystko bardzo ogólnie i z perspektywy drugiej dekady  XXI w. można by zrobić to znacznie lepiej, zwłaszcza przy omawianiu pogańskich korzeni świąt. Gierlach zwraca uwagę, że w 966 r. chrzest został przyjęty wyłącznie przez dwór, a nie jak wielu myśli, przez całe świeżo powstałe państwo. Zadziwił mnie jednak stwierdzeniem:
Trudno wyobrazić sobie Dzień Zmarłych na przykład w słoneczny dzień majowy, kiedy wokoło cały świat jest rozśpiewany i wszystko nastraja do radości (s. 206).

Przyznam, że Dziady Wiosenne, Rękawka czy nawet pewne obyczaje związane z Zielonymi Świątkami sprawiają, że można sobie to wyobrazić. A nawet nie trzeba wyobrażać. Brakowało mi ciągle tej udokumentowanej wzmianki o wdowach palonych wraz z mężami na stosach pogrzebowych. W końcu znalazłem to w tej książce:

W połowie VIII wieku kronikarz Winifrid-Bonifacy zapisał: "[...] kobieta, kiedy mąż jej umrze, nie chce żyć dłużej. I z uznaniem spotyka się i nich taka niewiasta, która własnoręcznie śmierć sobie zadaje i na jednym stosie spłonie ze swoim mężem [...] (s.105). 

Jak ocenić książkę Gierlacha? Ogólnie wydaje mi się przeciętna. Wiele nowego nie wnosi przy obecnym stanie badań. Warto jednak i z jej treścią się zapoznać. 

5/10.

środa, 11 grudnia 2024

Leonard J. Pełka "U stóp słowiańskiego parnasu. Bogowie i gusła"


Dzięki wydawnictwu Replika ukazała się kolejna praca dra Leonarda Pełki pt. "U stóp słowiańskiego parnasu. Bogowie i gusła". Ogólnie książce wystawiłbym ocenę dostateczną. Niby jest to dobre opracowanie tematu, ale warto zwrócić uwagę na kilka czynników. Po pierwsze autor korzysta ze starych opracowań. Wiele z nich już można zamknąć w lamusie. Po drugie, dziwi mnie stosowanie niektórych wersji imion; np. zamiast Helmoda, mamy Hemholda. Pojawia się też rekonstruowana nazwa Korzenica na określnie Charenzy, prawdopodobnie dzisiejszego Gardźca. Mam wrażenie, że dużo przytoczonych informacji to stereotypowe poglądy na temat Słowiańszczyzny krytykowane w czasach współczesnych. 
Czy warto przeczytać tę pracę? Warto. Trzeba jednak mieć się na baczności z przedstawionymi informacjami. XXI w. wniósł bardzo wiele zarówno optymizmu jak i pesymizmu do dalszych badań nad wiarą naszych przodków. 



środa, 20 marca 2024

Leonard J. Pełka "Śladami pierwotnych wierzeń. Duchy, bóstwa i totemy"

 

Dzięki wydawnictwu Replika z martwych powstała stara książka autorstwa dra Leonarda J. Pełki pt. "Śladami pierwotnych wierzeń. Duchy, bóstwa i totemy". Przenosi nas ona myślami do najdawniejszych dziejów religii. Mamy tutaj powtórkę z teorii religii, magii, roli czarowników, szamanizmu po najstarsze politeistyczne wierzenia. 

Z jednej strony praca stanowi kolejne opracowanie podstawowych kwestii. Z drugiej w oczy rzuca się ideologia czasów PRLu, którą autor w pełni propaguje w swoich pracach. Zresztą podobnie jak Bohdan Baranowski. Widać tą samą szkołę. 

Pełka religię poddaje obszernej krytyce. Widać, że celem pracy jest wykazanie bezsensowności jej fenomenu. Na końcu te utylitarne metody usunięcia zjawiska z życia jednostki po prostu wydają się śmieszne. Nie brakuje słynnego cytatu, że "religia to opium ludu". Oczywiście w tekście znajdziemy klasyczne wątki tematyczne o tym, jak to święci katoliccy przejęli role dawnych bogów. Ale już o tym, że ideologia "Mateczki komuny", jak ja zwą niektórzy, łykała całymi garściami cechy religii ani słowa. Dyktatorzy traktowani jak bogowie. Ideologia niczym religia.

Czy książkę polecam? Znalazłem w niej może kilka drobnych błędów. Jest ona wartościowa, kiedy pominie się ideologiczne rozważania autora na temat religii. Jednak póki co "Etnologia religii" Andrzeja Szyjewskiego ma tytuł oficjalnego mistrza w tejże dyscyplinie. Książka Pełki to raczej popularyzatorska komercja w porównaniu z wieloma innym, późniejszymi publikacjami o archaicznych formach religii.  

wtorek, 21 listopada 2023

Henryk Biegeleisen "Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego"

Po raz kolejny, dzięki wysiłkowi wydawnictwa Replika mamy ułatwiony dostęp do znanego dzieła z klasyki gatunku badań nad praktykami, wierzeniami i obyczajami naszych przodków. Reedycja pracy wydanej w 1930 r. daje nam bardzo obszerny wgląd w temat przedstawiony w tytule. 

Umieranie, stypy, goszczenie dusz, śpiewanie dla umarłych, czuwanie, ofiary, wizyty, odganianie, wampiry... Czego to tutaj brakuje? Chyba niczego. 

Co możemy powiedzieć szerzej? 

Po pierwsze, od dawna nie widziałem książki, w której brakuje spisu treści. Przyznam, że trochę osobliwe. Po drugie, mylny jest tytuł. Biegeleisen omawia nie tylko Polaków, ale podaje przykłady z całego świata. Mamy tu więc klasyczną przekrojówkę przez wiele kultur ze wskazaniem występujących podobieństw; nie tylko praktyk u sąsiednich ludów czy narodów, ale też identycznych znanych na innych kontynentach. 

Co mi zostało w pamięci? Archaiczne horkruksy:

Czarownik może wyjąć z siebie duszę i schować ją gdziekolwiek. Dusza da się zakląć w różne istoty, zwierzęta, rośliny, powiadamy: "stoi jak zaklęty" (s.47). 

Albo to:

Człowiek niebierzmowany umiera dwakroć (s. 48). 

Wychodzi na to, że przynajmniej dwukrotnie spotkam się ze Śmiercichą. 

Nie wiedziałem, że palcem wisielca można otworzyć każdy zamek. Magiczny masterkey. Czasem takie się przydają. 

Znalazłem też akcenty związane ze swoim regionem:

Stąd powiadają, w Bronowicach Wielkich, że na kogo strzygoń chuchnie, ten musi umrzeć (s. 165). 

Już w 1624 r. odkopano na Kleparzu (w Krakowie) groby mniemanych upiorów (s. 170). 

Widzę, że w mamy tutaj silną tradycję związaną z żywymi trupami. Byle nikt na mnie nie chuchnął, bo mieszkańcy Azorów (obecne Tonie i Bronowice Wielkie) wiecznie jadą siarą. 

Urocze były też zabawy:

Łemków, w Jasielskiem, młodzież zbiera się w domu żałoby i "wyprawia barbarzyńskie żarty z trupem". Tak np. wloką go za nogi i wołają (po imieniu), żeby wstał i bawił się z nimi, ciągnąc go za włosy, pytają, czy zgaduje, kto to robi, łaskoczą go, aby się zaśmiał itp. (s. 239) 

Ogółem książka bardzo ciekawa. Trochę męczą staropolskie wyrazy, niemniej idzie się do tego przyzwyczaić. 

Przeczytać koniecznie trzeba! 

Polecam! 

wtorek, 27 września 2022

Roman Bugaj "Nauki tajemne w dawnej Polsce. Mistrz Twardowski"

 

Dzięki wydawnictwu Replika na polskim rynku po wielu latach wznowiono wydanie książki "Nauki tajemne w dawnej Polsce. Mistrz Twardowski" autorstwa Romana Bugaja. Sprawdziłem, pierwszy raz ukazała się w 1976 r., co oczywiście jasno wskazuje, że jest to dzieło mające prawie 50 lat. No i właśnie, trochę wody w Wiśle od czasu jej pierwszej publikacji upłynęło. Wiele też się zmieniło w naszej wiedzy o Twardowskim. 

Bugaj jak to w nauce bywa, przeprowadza nas przez kolejne epoki, od starożytności przez średniowiecze po czasy, w których rzekomo "grasować" miał na krakowskim dworze najsłynniejszy "polski" czarnoksiężnik. Historia magii w pigułce. Rzuca też trochę cienia na to jak na uczelniach podchodzono do tematów magicznych. No nie bez powodu mogłem dawniej parafrazować słowa Harry'ego Pottera z tekstem "UJ is my home". Jak widzę, tradycje były tam wciąż bardzo żywe wśród studentów. I chyba nie tylko wśród nich ... 

Autor poświęcił się głównie historycznej analizie legendy Twardowskiego wskazując, że to w rzeczywistości dzieje Niemca Lorenza Dhura miały być jej podstawą. Ale nawet pewne, inne postacie z historii ze swoimi dokonaniami zlepiły się w jedną całość tworząc legendarną postać szlachcica, który z diabłem podpisał cyrograf. 


Bardzo wnikliwa kwerenda w źródłach i historyczna analiza. Autor skupia się jednak wyłącznie na tym kierunku nauki pomijając sprawę pochodzenia legendy, którą znamy z późniejszych opracowań. Warto zwrócić uwagę, że składa się na nią wiele czynników. Co do samych  korzeni, to ma ona bardzo dużo wariantów w Europie; znana głównie jako bajka o kowalu i diable (Bałkany), halloweenowa historia o chciwym Jacku (Irlandia). Te kwestie zostają tutaj totalnie pominięte. O kogucie jako wierzchowcu maga ciekawie pisali w ostatnich latach m.in. Milena Alicja Stala w "Trzech Zorzach", Paweł Szczepanik w "Słowiańskich zaświatach. Wierzeniach, wizjach i mitach". Michał Rożek zwraca uwagę na powiązania z legendą o papieżu Sylwestrze II. 

Jest to temat rzeka, niemniej Bugaj wykonał lwią pracę. Obalił powiązania historycznego czarnoksiężnika z renesansowymi magami, jak to czyniło wielu, czy z legendarnym Faustem, choć i tu podobieństw nie brakowało. 

Legenda o Panu Twardowskim wróciło do łask w ostatnich latach dzięki współczesnej interpretacji filmów krótkometrażowych wypuszczonych przez Allegro. Dzięki pracy Bugaja można dowiedzieć się sporo interesujących rzeczy z życia i mentalności dworskich magów. Książkę zdecydowanie polecam! Solidna porcja historii magii. 

wtorek, 22 marca 2022

Michał Rożek "Diabeł w kulturze polskiej"

 

" ... Szatan, Szatan!

Z nim konać, nawet żyć!

Szatan, Szatan i rum! [...]" 

Kat "666"


Jeśli chodzi o temat prawdziwego zła, to nigdy daleki mi on nie był. Wręcz przeciwnie. Z Diabłem zawsze za pan brat. Kiedyś najprawdopodobniej byłem bardzo silnie osadzony w jego mocy. Dowiedziałem się tego m.in. od świadków Jehowy. Niewykluczone, że i jeden katolicki błogosławiony za życia modlił się za mnie i wezwał swoich fanów do ataku na obecnego we mnie "Księcia Ciemności". Ale to ostatnie to póki co teoria spiskowa. Tyle, że już na 90% niemalże jestem pewien swojego sukcesu w jej rozszyfrowaniu. 

Tak więc nie oddalajmy się od Szatana bo będzie mu z tego powodu bardzo przykro. Zgłębiajmy jego naturę jak tylko się da. Przeczytanie książki Michała Rożka "Diabeł w kulturze polskiej" to świetny ku temu pretekst. Praca ukazała się w 1993 roku, dzięki wydawnictwu Replika możemy ponownie zapoznać się z jej treścią po prawie dwudziestu latach. 


Autor wałkuje w niej klasyczne tematy: Biblia, chrześcijaństwo (w tym herezje), millenaryzm, kultura średniowiecza, epoki późniejsze ... Od palenia czarownic, przez cyrografy, diabelskie kamienie po współczesne subkultury młodzieżowe. Z tymże, to ostatnie opisane jest wyjątkowo marnie. Jakieś plotki, domysły spięte w całość i puszczone jako fakt. Podobne kiedyś czytałem w pracy Maksa Adlera "Księga wiedzy magicznej. Magia Praktyczna. Antologia". Brednie totalne. 

W oko rzuciło mi się kilka wątków. Lucyfer jako "gaszący światło" (s. 38). No tak, w końcu ostatni gasi światło. Czart Mendev w postaci kozła poślubił kobietę i niby dlatego był on protoplastą postaci rogatego boga w kulturze europejskiej (s. 48). Niby wizja czyśćca wywodziła się z pogańskich wierzeń. Jak zwykle bez przedchrześcijańskich wpływów ani rusz. Niby triskaidekafobia wywodzi się z kalendarza księżycowego, a nie ze sławnego aresztowania Jakuba de Molay. Opis ludowej wizji piekła silnie trąca starą słowiańską religią i chyba nie bez powodu taki był. Urocze, że swastyka chroniła przed Szatanem, a jednak miał on mieć swój wpływ na komory gazowe podczas II wojny światowej, o czym przeczytamy w dalszej części lektury... 

Ogółem Rożek opisuje wszystko bardzo dokładnie. Sataniści, lucyferianie czy inni czciciele prawdziwego zła na pewno nie powinni obejść tej pozycji obojętnie. Czysty intelektualny satanizm! Polecam! 

czwartek, 16 grudnia 2021

Bohdan Baranowski "O hultajach, wiedźmach i wszetecznicach"

 

Bohdan Baranowski "O hultajach, wiedźmach  i wszetecznicach. Szkice z obyczajów XVII i XVIII wieku" to, jak wskazuje tytuł omówienie procesów karnych z najpopularniejszych występków w minionych stuleciach. Dzięki wydawnictwu Replika, praca może świętować odrodzenie, pierwotnie wydano ją w 1978 r. Autor omawia jak karano "ludzi luźnych", prostytutki, czarownice, złodziei, adulterium, bigamię etc. I nawet krótko pisząc przypomina to czasy bieżące, bo kto ma kasę tak łatwo nie zostanie ukarany za cokolwiek. Ale dawniej pewne rzeczy wyglądały zgoła inaczej. 

Teraz już wiem, że scena wyświecenia Jagny z "Chłopów" jest echem dawnych procesów. W praktyce jednak nie często tak było - pozbywanie się ludzi było zwyczajnie nieopłacalne. Ciekawe, że nawet na dzieci tak patrzono. Wydawało mi się, że dawniej potomstwo zapewniało utrzymanie na stare lata, a nawet pomoc przy pracy. Tymczasem uchodziło za ciężar. 

Jak zwykle w oko wpadło mi kilka ciekawostek. Uroczy jest ten cytat z "Monitora" z 1767 r.: 

"... Nie za światłem rozumu, ale za radą ślepej zapalczywości idąc, każą bić, więzić, męczyć i kaleczyć chłopka, a czasem i niewinnego. Takowa dzikość i srogie grubiaństwo nie przystoi na ten wiek oświecony i na honor szlachetnie urodzonego pana. Poganie nawet wzdrygali się tej nieludzkości i łagodniej z niewolnikami swoimi, niż niektórzy chrześcijanie z poddanymi, obchodzili się [...]" (s. 107). 

Oj, chyba ktoś mało wiedział o poganach. Zwłaszcza na naszych ziemiach. Oni już doskonale wiedzieli jak się z ludźmi obchodzić.  

Pierwszą próbą mającą wykazać winę domniemanej czarownicy było tak zwane pławienie. Zwyczaj ten wywodził się jeszcze ze średniowiecznych sądów bożych i rozpowszechniony był w całej prawie Europie [....]" (s.149). 

O ile mi wiadomo ta praktyka też się z czasów pogańskich wywodzi, zdaje się z Bliskiego Wschodu.  

"A wreszcie mrożące krew w żyłach widowiska, jakimi było palenie na stosie czarownic lub "wypędzanie diabłów" z opętanych, odwracały uwagę tłumów od innych spraw i zagadnień ich dotyczących [...]" (s. 210). 

Dlatego myślę, że warto by wskrzesić ideę stosów. Dużo jest pożytecznych idiotów, którzy leczą swoje kompleksy pajacując na rozmaitych manifestacjach. Prościej gdyby ich publicznie ogniem potraktować. Za chwilę znaleźliby się nowi na ich miejsce. Nie potrzebne byłyby rządowi odstrzały dzików, mama Madzi z Sosnowca, prawa kobiet i czarne protesty czy facet uważający się za lesbijkę ... Nawet byłoby korzystniej. 

Ciekawe, że wraz z oskarżonym o sodomię karano także zwierzę ... To tak jakby ofiarę gwałtu wskazać za współudział. No, ale cóż, jakiś sens musiał w tym być, skoro go stosowano. I to w obu przypadkach, zgwałcone kobiety też karano. Cóż? Skoro zasłużyły ... 

Wyrażenie "sensu stricte" na stronie 271. To albo "stricte" albo "sensu stricto". Poważny błąd! Podoba mi się, że dawniej homoseksualizm normalnie określano mianem zboczenia.  Rzeczowo i na temat. 

"W XVII i XVIII w. sądy stały na stanowisku, że mężowi wolno w sposób umiarkowany bić żonę [....]" (s. 284). 

No i proszę! Nie było problemów takich jak dzisiaj. Nie wiem, co miało znaczyć "sposób umiarkowany", ale na pewno jakaś reguła na to była. 

Spodobało mi się zakończenie, w którym autor zwraca uwagę, że w czasach bieżących mu zabobon nie zanikł tylko zmienił formę. A dziś jest inaczej? Pisałem o tym przy okazji innej książki Baranowskiego. Pewnych zjawisk łatwo nie wyplenimy gdyż są one głęboko zakorzenione w psychice ludzkiej. Zastanawiają mnie te statystyki odnośnie procesów czarownic. Co książka to inaczej, nie wiem już komu wierzyć? Ale biorąc pod uwagę, że książka ukazała się pod koniec lat 70. może zawierać trochę zdezaktualizowanych informacji i mitycznych wyobrażeń o przeszłości.

Polecam w 75%.