Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poezja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2024

Wołodymyr Szajan "Hymny Rygwedy"


"... Jam ziemię

Ariom dał,

Byś z martwych ciał,

Z bezwładnych brył

Wskrzesił

Jak ja

Pożar sił."

hymn "Indra-Mitra" (s.62)

Śmierć Dasyu! 

To może uprośćmy sprawę i wklejmy drugą stronę, reklamową omawianej książki, którą dzięki wydawnictwu Bezbrzeże możemy z łatwością dziś nabyć: 


I tyle wstępu. 

Przyznam, że esej Hałyny (różne warianty zapisu tego imienia czytałem: Halina, Galina) Łozko był najciekawszy z całej książki. W skrócie opisuje dokonania Wołodymyra Szajana, postaci nietuzinkowej nie tylko dla ukraińskiego nacjonalizmu. 

Wspomniany założyciel Zakonu Rycerzy Boga Słońca, jeden z prekursorów rodzimowierstwa słowiańskiego na Ukrainie, dzięki swim dokonaniom stał się inspiracją dla wielu neopogan naszej epoki. Istotne jest to, że Szajan znał język polski, publikował w nim także swoje prace (był studentem polskich uczonych m.in. Stefana Stasiaka, Romana Ingardena). Tak więc w przeciwieństwie do wielu złowrogich Polakom Ukraińców na pewno możemy ocenić go pozytywnie. 


Zaintrygowała mnie historia o objawieniu w Karpatach na górze Grechit. Podobnie chyba miał Guido von List w Katakumbach św. Stefana w Wiedniu. Niebawem dojdziemy do wniosku, że rodzimowierstwo jest religią objawioną ... Ale chyba każdy czciciel Peruna, Welesa, Swaroga, Mokoszy i wielu innych bogów kiedyś coś takiego odczuł ... 

Co zaś do samych hymnów. Adresowane są do Indry, Surji, Puszana oraz innych indyjskich bogów. Twórczość wychwalająca ich oraz ich siły. Raz tylko spotkałem Peruna w tekście kantyczki. Czyta się to całkiem miło, a na cały tomik wystarczy raptem godzina. 


sobota, 17 lipca 2021

Bartłomiej Grzegorz Sala "Wśród polskich syren, rusałek, meluzyn i innych wodnych panien"

 

Lato jest czasem kiedy chętnie chodzimy pływać. Nawet leżąc na plaży warto wziąć ze sobą książkę i dowiedzieć się czegoś więcej o polskich legendarnych demonach wodnych. Dzięki temu wiemy, którego zbiornika uniknąć, albo kogo przypadkiem możemy w nim spotkać. Ale lepiej nie przeginać ... 

Tytuł omawianej w niniejszym poście książki właściwie oddaje sedno sprawy. 

Bartłomiej Grzegorz Sala przenosi nas myślami do rozmaitych akwenów - od rzek, przez jeziora po Bałtyk. Poznajemy istoty wodne, z którymi lepiej nie wchodzić w bliższe relacje. Większość z nich niestety kończy się tragicznie dla człowieka. Praca "Wśród polskich syren, rusałek, meluzyn i innych wodnych panien" to kompendium wiedzy o zamieszkujących nasze wody ondynach. Poznajemy zarówno postaci lokalne, jak i te z importu. Czytamy zarówno o postaciach z legend jak i tych z literatury pięknej. Całość uzupełniają ilustracje autorstwa Mikity Rasolki. 


Muszę przyznać, że autor zadał sobie nie lada trudu, żeby zebrać to wszystko w jedną całość. Do tego nie zabrakło ciekawych wzmianek historycznych na temat regionów, z którego pochodzą te istotki. Jak zwykle moją uwagę przyciągały motywy słowiańskie i słabo mi znana literatura minionych wieków. Poznałem postać bożka Powidza, pana krainy umarłych, który co zaznacza Sala, w rzeczywistości jest przeróbką boga Pochwista. Jakby ktoś się na takowego natknął to już wiemy, że jest on zniekształconą formą imienia, którą Józef Aleksander Miniszewski w "Powidzance" z 1843 r. błędnie przekopiował z "Historii narodu polskiego" Adama Naruszewicza. Chtoniczny charakter bóstwa stworzył sam najwyraźniej na potrzeby legendy. 

Jest też trochę o naturze syren, rusałek czy ich wyglądzie oraz naturze. Co region jednak to inna bajka. 

Co by dużo szczegółów nie zdradzać, polecam gorąco kolejną książkę Bartłomieja G. Sali.

A teraz czas na największy przebój mojego dzieciństwa! 

niedziela, 28 lutego 2021

Klaudia Migacz, Anna Lewicka "Leksykon dzikich kobiet"

 
No to idziemy na dzikie baby. Z drugiej strony należałoby się zastanowić, czy istnieją jakieś inne? 

Z książki autorstwa Klaudii Migacz i Anny Lewickiej wynika, że do dzikich kobiet należy zaliczyć przede wszystkim te, które mają zoomorficzne talenty oraz teratologiczną historię. "Leksykon dzikich kobiet" to znane żeńskie postacie z wierzeń, folkloru czy literatury całego świata. Wszystkie łączy wspomniana jedna cecha - potrafią zmieniać się w zwierzęta, same były zamieniane w zwierzęta lub posiadają zwierzęce elementy w wyglądzie. Wędrujemy po całym świecie, z przewagą pań z Japonii i kultury celtyckiej. Nie brakuje odniesień do dam lokalnych (m.in. wiły), co jak wszyscy wiedzą bardzo cenię. 

Ilustracje Klaudii Migacz sprawiają, że warto po książkę sięgnąć. Nieco gorsze zdanie mam o samej treści. Na dobrą sprawę "Leksykon dzikich kobiet" to lektura na szybkie dwie godziny czytania. Obrazek, następna strona to imię postaci i miejsce pochodzenia, potem kilka encyklopedycznych informacji o bohaterce na raptem pół strony, na końcu fragment literackiego tekstu. Powiem szczerze, trochę to komercją zalatuje. Książka  mogła być znacznie treściwsza, przedstawić więcej bohaterek lub przynajmniej coś więcej opowiedzieć o tych, które już się w niej znajdują. Napisana jest moim zdaniem po najniższej linii oporu. 

Nie brakuje merytorycznych wpadek. O "Zajęczycy": 

Celtowie uważali go też za ulubione zwierzę Ostery, bogini wiosny (zwanej też Ēostre), i wierzyli, ze w każdą pełnię księżyca przyjmuje ona postać zwierzęcia. (s. 154)

Istnienie kultu samej Ēostre jest lekko kwestionowane. Poza tym, jak już, to była ona domniemaną boginią Anglosasów, a wiec Germanów (Anglowie, Sasi i Jutowie) nie Celtów. Zresztą poprawna forma to "Ostara" nie "Ostera". 

Komercha i tyle.

wtorek, 29 grudnia 2020

"Z duchami przy wigilijnym stole"

 

Nadszedł miesiąc śniegu, mikołajek, sylwestra i przede wszystkim bożego narodzenia. Na dobrą sprawę w tym roku też nie zabrakło nam ciepłej atmosfery ... Skoro mowa o grudniowych świętach, czasie kiedy nasi wspaniali przodkowie przyzywali zmarłych na oficjalną biesiadę pomyślałem, że warto może zagłębić się na krótko w literaturę związaną z tym uroczym okresem w roku. No w końcu małe zejście na plan chtoniczny nikomu nie zaszkodzi. Zwłaszcza w literackiej postaci. 

"Z duchami przy wigilijnym stole" to zbiorówka różnych opowieści o duchach, napisanych głównie w minionych wiekach przez autorów z Polski, Anglii czy Ameryki. Przedzielone są wierszami znanych poetów zamiast pustymi stronicami. Poznajemy teksty autorstwa Henryka Rzewuskiego, sir Waltera Scotta, Pani Henry/ Ellen Wood, Margaret Oliphant, Elizy Lynn Linton, Stefana Grabińskiego, Jana Łady, Granta Allena i Henry'ego Jamesa. Do tego poezja Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Johna Day, Bolesława Leśmiana, Polskiego Anonima z XV wieku. 

Miałbym tylko jeden podstawowy zarzut - spodziewałem się czegoś na wzór "Opowieści wigilijnej" Karola Dickensa; duchów związanych z bożym narodzeniem, mrożących krew w żyłach treści  dmuchających zimnem, śniegiem i lodem. Generalnie są to krótkie historie, w których pojawiają się zjawy. Tylko jedna z nich jakoś konkretnie powiązana jest z bożym narodzeniem. Reszta to po prostu na siłę wykrojone do zbiorówki powieści o widmach. 

Wzruszyła mnie historia satanistycznej orgii, nie bardziej niż truizmy o pogaństwie i zniszczeniu dawnej religii. Ile jeszcze razy się na to natknę? Historia o pociągu też była dobra. A tak to generalnie czytamy mało szokujące opowiastki, w których widziadła nawiedzają i drażnią żyjących. Nie jest to specjalnie straszne, ale czytając można oderwać się od ponurej rzeczywistości deszczowego miesiąca. Szczególnie gdy się cierpi na bezsenność. 

Czytajcie i bacznie zwracajcie uwagę na każdy szmer w pokoju. Zwłaszcza w wigilijną noc.

wtorek, 21 lipca 2020

Barbara Piórkowska "Kraboszki"


Nawiązania do tematu religii dawnych Słowian, zarówno w tytule jak i w tekście to wspaniały pretekst do sięgnięcia po książkę. Co jakiś czas pojawiają się na polskim rynku wydawniczym dzieła literatury pięknej, a ich autorzy przenoszą nas do czasów późnego średniowiecza czy nawet dalszych epok kiedy to powrót dawnych bogów jest czymś znaczącym. Mało jest jednak literatury filozoficznej opisującej współczesność z silnym nawiązaniem do czasów pogańskich. 

Tę lukę postanowiła wypełnić Barbara Piórkowska. "Kraboszki" to literacka podróż głównej bohaterki przez zmaganie się z ciężką chorobą. 

Powiem szczerze, że kiedy czytałem książka wywierała na mnie pozytywne wrażenie swoją treścią. Olbrzymim plusem jest bogactwo słownictwa i opis współczesności. Mało kiedy znajduję tak płynny obraz życia w XXI w., od kosmetyków po opis szpitalnych zakamarków.

Styl i narracja dają ciekawy efekt. Fabuła skupia się na trudzie przechodzenia przez śmiertelną chorobę niemniej Piórkowska świetnie ociepla całą sytuację ni to ironizując rzeczywistość, ni to znajdując drogę wyjścia i odskocznię od bólu, który przez cały czas towarzyszy głównej bohaterce. Stosuje świetny język. To sprawia, że droga bólu, którą przechodzi narratorka nie jest zasmucająca historią, obniżającą nasze nastroje lecz czymś wciągającym w filozoficzny trans.

Wplatanie słowiańskich wątków również wpływa korzystnie na jakość "Kraboszek". Nawiązania do świata demonów, bogów miejscami przypomina mi cykl filmów krótkometrażowych wydanych przez Allegro. Demony mają swoją osobowość, żyją wśród nas, my je dostrzegamy, choć czujemy, że nie zawsze możemy na nie wpłynąć. 

Nie udało mi się jednak odkryć głównego przekazu, jaki płynie z lektury. Być może jest to sukces ze zwycięstwa nad nowotworem? Stawiałbym jednak na coś zupełnie innego biorąc pod uwagę, że opisy kapliczek, masek czy demonów muszą mieć swoje wytłumaczenie. Ale tego nie zamierzam rozgryzać publicznie. Zostawiam to wszystkim czytelnikom jednocześnie gorąco rekomendując pracę Piórkowskiej. Pod pewnym względem jest to rzeźnia umysłu dla ciekawskich niemniej żyjąc w XXI w. powinniśmy chociaż starać się poznać sens zarówno przeszłości jak i teraźniejszości.

poniedziałek, 6 maja 2019

Rafał Merski "Opowieści spod strzechy"


Kolejna praca Rafała Merskiego to przede wszystkim zbiór opowiadań bazujących na naszym znakomitym, słowiańskim folklorze. Książka podzielona jest na trzy części: pierwszą stanowią opowiadania ludowe wzbogacone o komentarze dokładnie opisujące polską demonologię. Rozdział drugi to fragmenty pochodzące z Bylin. Część trzecia to twórczość znanych i zasłużonych dla rodzimowierstwa słowiańskiego postaci z okresu romantyzmu; Ryszarda Berwińskiego, Narcyzy Żmichowskiej i Romana Zmorskiego. 

Na początku dobry wstęp ilustrujący wiele i wskazujący na zasługi postaci, o których świat Słowiańszczyzny trochę zapomina. Potem Merski przechodzi do meritum sprawy przedstawia krótkie opowiadania powiązane z różnymi postaciami demonicznymi. Następnie dokładnie opisuje każdą postać z osobna. Miejscami autor przekracza ramy tematyczne pracy - jest trochę naleciałości z mitologii Bałtów, które przedostały się do pomorskiego folkloru. Nie brakuje również ciekawych nawiązań do słowiańskich elementów w kulturze innych bratnich narodów m.in. Bułgarów. Uwielbiam te historie o polskich czarownicach z Łysej Góry, czym by bez nich był ten świat? 

Uważam, że demonologia jest właściwie przedstawiona, dobór tekstów także uważam za trafny. Dodatkowym atutem "Opowieści spod strzechy" są ilustracje autorstwa Judyty Widlińskiej. 

Stwierdzam, że koniecznie należy się zapoznać z tą pracą. Merski opisuje wiele mało znanych ciekawostek.

Polecam!

czwartek, 25 kwietnia 2019

Rafał Merski "Modlitwy słowiańskie"


"Modlitwy słowiańskie" to praca składająca się z dwóch części. W pierwszej autor omawia pacierze dawnych Słowian jakie zachowały nam się do czasów współczesnych, a zostały spisane w źródłach i naukowych opracowaniach. Część druga to modlitwy, a właściwie poezja autorstwa polskich rodzimowierców; oprócz Rafała Merskiego także Wojciecha "Świętobora" Mytnika, Katarzyny Nowak, EJ'a, Przemysława Króla, Mateusza "Wilkobora" Rujnera, Doroty Sołęgi, Małgorzaty Lewandowskiej i Ziemisława Grzegorzewica. 

Część pierwsza wciąga. Autor oprócz tego, że przytacza ważne modlitwy czyni także porównania i doszukuje się analogii w modlitwach ludów z innych kultur pogańskich (m.in. Maryjczyków, Bałtów, Hindusów czy m.in. Ajnów). Przyznam, że sensowny dobór; jest trochę anonsów z adoracji św. Mikołaja ze Wschodu, modlitwy związane ze świętem przodków czy kultem św. Eliasza-Peruna. Jak zwykle czuć dobry, słowiański klimat ze słabo pamiętanymi na co dzień ciekawostkami. 

Druga część równie szybko przemyka przed oczami. Wiersze o bogach, przodkach, świętach szybko nasuwają na myśl spotkania, miejsca i wspólną celebrację świąt rodzimowierczych. 

Ogólnie jest to ciekawy tomik poezji. Jakość wzbogacają także ilustracje Judyty Widlińskiej i Justyny Pateckiej. Na godzinkę czasu jak znalazł!

piątek, 21 września 2018

Zuza Malinowska "Przemilczenie"


"Przemilczenie" to pierwszy oficjalnie wydany tomik poezji Zuzy Malinowskiej. Do gustu przypadł mi sposób w jakim autorka napisała dwie powieści. Stwierdziłem, że warto będzie przeczytać jej inne dzieło choć nie ukrywam, interpretowanie poezji idzie mi na ogół kiepsko. 

Czytając wydane wiersze na myśl przychodziły mi konkretne zagadnienia. 

W "Przemilczeniu" wyczuwam eskapizm, mizantropię, głębokie pragnienie odnalezienia czegoś, poczucie bliskości połączane z poczuciem totalnego oddalenia, zranienie, problem śmierci i przemijania oraz losu. 

Autorka za pośrednictwem swojej twórczości wyraża problemy codzienności z jakimi borykamy się jako ludzie XXI w. Choć zaszliśmy daleko cywilizacyjnie wciąż nie znajdujemy odpowiedzi na wiele pytań jakie niesie nam codzienność. Uczucia, przeczucia czy wręcz ich doświadczanie dają nam lekcje, z których nie zawsze wyciągniemy stosowne wnioski lub nie zawsze możemy to uczynić. Gubimy się próbując poznać sprawy nam z jednej strony bliskie, z drugiej odległe. Te pozorne sprzeczności są naszą codziennością pomimo, że starając się rozwikłać zagadki rzeczywistości - zapętlamy się w coraz to większych pytaniach, które próbujemy rozszyfrować intuicyjnie z braku innych narzędzi. Nie zawsze jednak odpowiedzi płynące z naszego wnętrza prowadzą do wyciągnięcia słusznych wniosków. 

Twórczość ciekawa, choć moja interpretacja może być całkowicie błędna.

Jednakże tomik polecam!

czwartek, 14 kwietnia 2016

Howard Philips Lovecraft "Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite"

O ledwie jedną rzecz modlę się w mym życiu -
Pozostawcie swą starożytną mądrość w ukryciu!
H.P. Lovecraft "Oceanus" (s.50)
"Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite" to nieduży zbiór poezji Howarda P. Lovecrafta w tłumaczeniu Krzysztofa Azarewicza.

Na początku tłumacz wprowadza nas w świat poezji wybitnego amerykańskiego pisarza, poety i twórcy mitologii Cthulhu.

Potem czytamy kilka doskonałych wierszy o mitycznych istotach z wyobraźni Lovecrafta, by za chwilę przejść do poezji poświęconej pogańskim bogom. I ta część dziwnym trafem spodobała mi się najbardziej.

Rymowane wiersze, pełne ciekawych wizji, fikcyjnych miejsc i postaci.

Zdumiewa mnie fakt, że Lovecraft za młodu stawiał ołtarze pogańskim bogom. Cóż, nic nie dzieje się bez przyczyny.

A czyta się miło! Polecam!

czwartek, 18 lutego 2016

Wojciech Świętobor Mytnik "Mój pogański sen"


Chociaż osobiście do większych fanów tematu poezji się nie zaliczam, dla sztuki rodzimowierczej  zawsze chętnie zrobię wyjątek. Stąd m.in. uczestniczę czasem jako słuchacz w organizowanych przez Michała Krzywaka w Krakowie Festiwalach Poezji Rodzimowierczej, na której to miałem okazję usłyszeć z bliska wielu słowiańskich wierszokletów. I w końcu osobiście poznałem autora rzeczonej książki wcześniej znając jego twórczość głównie ze stron z Facebooka. 


"Mój pogański sen" to zbiór wierszy napisanych na przestrzeni wielu lat przez Wojciecha "Świętobora" Mytnika; poetę, muzyka związanego z projektami takimi jak: Zerivana, Gamaiun, Signum Triste, Caedes Castus, Euvoha, In Eordscraefe czy Eternal Ruin. Wolumin zawiera prawie dwieście stron liryki,  wzbogacony o recenzje Krzysztofa Korsarza Bilińskiego, Agnieszki Żuchowskiej-Arendt i oprawę graficzną Dariusza Związalca. Inspirująca poezja, której fragmenty były mi już wcześniej skądinąd znane, np. wiersz o "Kikimorze i zbożu". 


Twórczość w dużej mierze inspirowana rodzimymi wierzeniami Słowian; są bogowie, są święta, a także nieskalane ideały płynące z odradzającej się w czasach współczesnych dawnej duchowości. Miejscami dostrzegłem inspirację literackimi dziełami Czesława Białczyńskiego. Charakterystycznym przewijającym się wielokrotnie motywem jest wątek przemijania. Przyroda, mistyka, najwyższe ideały, ale także i smutek, śmierć - autor nawiązuje do rozmaitych aspektów otaczającej nas rzeczywistości. 


Ponieważ interpretacja poezji (podobnie jak i bełkotliwe pisanie) nie idzie mi za dobrze, wszelkie przemyślenia zachowam dla siebie. Ogólnie jednak uchylę rąbka tajemnicy i powiem wszystkim wszem i wobec, że tomik gorąco polecam!


PS. Jako ciekawostkę wspomnę na marginesie, że za najlepszą muzyczną interpretację poezji Świętobora uważam piosenkę Diaboła Boruty "Południca i zboże" w wersji akustycznej.

poniedziałek, 3 marca 2014

Patricia Monaghan "Seasons of the Witch"


Ostatnimi czasy wpadła mi w ręce książka Patricii Monaghan "Seasons of the Witch. Poetry and Songs to the Goddess". Zasadniczo jest to tomik poezji autorki wzbogacony o płytę CD z nagranymi utworami audio.

Ponieważ zdobyłem wersję piracką, płyty nie przesłuchałem. I podejrzewam, że wiele nie straciłem na tym przedsięwzięciu. Może kiedyś na YouTube pojawią się jakieś "dzieła" Pani Monaghan, wtedy nadrobię zaległości, zwłaszcza w trakcie problemów z nudą. 

Jakby tu ocenić tę "wielką" twórczość? Marne sacro songi, odpowiedniki katolickiego sacro polo (typu: "... Bóg jest miłością, zbawieniem darzy i kocha bardzo nas dzieci swe ..."). Wiersze bez ukrytego przesłania, mniej więcej na poziomie tekstów Inkubusa Sukkubusa czy podobnych ugrupowań. Autorka próbuje udawać wielką poetkę, a czyni to na typowym dla eklektyków kanadyjskich poziomie. Nie jest to poezja "Starej Dorothy" Clutterbuck-Fordham, która w swoich tekstach zakamuflowała wiele prawd, tylko pieśni natchnione religijnością na poziomie uczennic gimnazjum. 

Może dla porównania zaprezentuję wiersz swojego autorstwa, będący adaptacją znanej piosenki:
WICCANICA
♩♩♩ Pogańska w żyłach płynie krew,
Kapłanki, wino, taniec, śpiew,
Zasadę w życiu mam fullfill, ♩♩♩
An it harm none do what ye will!
♩♩♩ Będzie! Będzie rytuał!
Będzie się działo!
I znowu nocy będzie mało! ♩♩♩
Będzie głośno!
Będzie radośnie!
Znów przetańczymy nago całą noc! 
♩♩♩
Mniej więcej ten poziom, tyle, że tutaj jest o czterech porach roku, rytuałach, legendach etc.

W każdym razie marne. Nie polecam! 

niedziela, 2 grudnia 2012

"Horns of Power" Edited by Sorita d'Este


Właściwie to pełny tytuł książeczki brzmi "Horns of Power. Manifestations of the Horned God. An anthology of essays exploring the Horned Gods of myth and folklore, ancient history through to modern times". Wiccańska arcykapłanka Sorita d'Este wystąpiła w roli redaktorki i autorki kilku tekstów. Jak wskazuje tytuł antologii; na temat Rogatego Boga. Oczywiście większość autorów to osoby z jej grona. Przeciętny artykuł to średnio cztery strony. Jest też kilka ilustracji i  mnóstwo poezji.

I mamy tu niemal wszystko. Jest artykuł o Hernie i jego legendzie. Jest trochę o rogatych bogach egipskich, nie brakuje np. celtyckich (Antenocitus, Camulos, Belatucadros, Cocidius, Vitiris), nie brakuje rozdziału o Panie, czy o Pooku. Ciekawym tematem są rogate węże. Sa one znane także w naszej kulturze, aczkolwiek jak to zazwyczaj bywa, pominięta kwestia w zachodnim artykule. Rozdział o bykach też nie byle czego. Ta interpretacja mitu o jednorożcu również budzi szare komórki do myślenie. Kiedyś przy okazji innych kwestii też się spotkałem z podobnym problemem.

Wciągnął mnie temat dotyczący Welesa, o którym jak zwykle w zachodnich źródłach znajdujemy ciekawe informacje, tylko nie wiadomo skąd wzięte. Mit przytoczony przez autorkę wzbudził moje najgłębsze zdumienie ...

Za to przy okazji tekstu o bogach Egiptu jest fajna wzmianka o jednym bogu, który miał cztery twarze innych bogów. Znajome. 

Druga połowa książki to opowieści. Jest tu historia młodego harcerza, porzuconej przez męża emigrantki etc. Jest też kilka medytacji. Urocze napomnienia o serialu "Robin z Sherwood", który chyba wszystkie mądre dzieci oglądały za młodu. Cóż tu się więcej rozpisywać? Książka jest pewnym kompendium tematu, zawiera także opis prywatnych przeżyć autorów. 

Ogólnie znośna i warta uwagi. Polecam! 

środa, 27 czerwca 2012

"The Society of the Horseman's Word"


Do niedawna szczerze wierzyłem, że odkryłem wszystkie możliwe ścieżki, z których zrodziło się współczesne czarownictwo. Jakże człowiek jest lekkomyślny... Okazuje się bowiem, że w Szkocji istniały quasi-masońskie stowarzyszenia m.in.: Słowo Honoru Jeźdźców (Horseman's Word), Słowo Honoru Młynarzy (Miller's Word) czy inni magowie jak np. ropuchrzarze (toadsmen). O tym wszystkim szczegółowo traktuje antologia "The Society of the Horseman's Word". Książka ta jest zbiorem opublikowanych na początku ubiegłego stulecia artykułów (co poniektórzy chyba nie wywiązali się z dotrzymania przysięgi, którą składali w owych bractwach), poezji, historii, praktyk owych tajnych stowarzyszeń. Dużo jest opisów ludowej magii, która wymiata swoją treścią współczesne praktyki znane choćby z New Age'owych podręczników dostępnych na polskim rynku.

Mamy tutaj sporo o ciekawych inicjacjach młodych ludzi, którzy w kwiecie wieku nocą, o północy udawali się na swoje inicjacje do tajemnych bractw. Jak wynika z jednego z wywiadów: 
In a horseman's hall where the sun never shone, the wind never blew, a cock never crowed and the feet of a woman never trod. (s.107) 
Z butelką Whisky i skąpą przegryzką, najpierw pukało się trzy razy, potem podawało hasło. Wchodziło się na ceremoniał. Obnażało lewą nogę i prawą rękę. Z klapkami na oczach przechodziło tajemny rytuał w którym nie brakowało elementów z mitologii greckiej, aniołów strzegących czterech stron świata, ludowego Diabła grzechoczącego kajdanami czy chrześcijańskich fragmentów modlitw, tj. odwołania do Św. Trójcy. 

Przysięga nie wyrządzania krzywdy koniom, przysięga milczenia, zdobywanie wiedzy o magii (głównie za pośrednictwem kości wyciąganych z trumien), maści z ropuch etc. A więc takie to obrzędy po cichu odprawiali młynarze, koniarze, ropucharze czy oracze. Cud miód, kiedy się o tym czyta.

Masoneria w wersji soft dostrzegalna jest jak widać w szkockiej kulturze dość mocno. Ale, że nawet lud prosty miał takie zorganizowane grupy? No cóż, z drugiej strony dawniej nie było portali towarzyskich, telefonów komórkowych - a każdemu coś się od życia należało. 

Kwestia, która by mnie osobiście interesowała to powiązania ze współczesnym czarownictwem, których wyraźnie nie brakuje. Czyżby zatem i to mogło być jednym z podstawowych korzeni, o których pozostałe źródła milczą lub wspominają ogólnikowo? I znowu jesteśmy dalej od poznania prawdy niż bliżsi odkrycia kamienia filozoficznego....

Cóż... Zastanawiam się, czy dzisiaj może istnieją jakieś "kwazi masońskie" stowarzyszenia wolnokomputerowców, wolnoobsługiwczy taśm produkcyjnych, tajne bractwa listonoszy czy wolnokomórkowców?

Ale książkę polecam ponad to wszystko! Jest świetna!

czwartek, 29 marca 2012

Doreen Valiente "Charge of the Goddess"


Książka Doreen Valiente "Charge of the Goddess" to opublikowana pośmiertnie poezja, którą autorka napisała w trakcie swojego pogańskiego, czarowniczego życia. Piękne wiersze wraz z komentarzami m.in. Janet Farrar, Patricii Crowther czy Eleanor Bone. Valiente na krótko przed śmiercią w 1999 roku powierzyła wydrukowanie swojej twórczości Johnowi Belham-Payneowi z Centre For Pagan Studies, który wykonał zadanie, dzięki czemu możemy poznać lepiej dzieła znamienitej wiccanki i członkini kilku innych grup czarowniczych.

W sumie lektura nie wnosi jakiejś szczególnej wiedzy w zakresie religii wicca i współczesnego czarownictwa. Jest za to ciekawy opis pogrzebu Valiente i historia o sabacie, który odprawiany na zewnątrz znalazł się na linii samochodowego światła, czym naturalnie wzbudził sensację dla kierowcy, który następnie wezwał policję ... Dobrze, że coven używał czarnych szat i mógł szybko się stać niewidoczny.

Książka do przeczytania raptem w godzinę. Warto.