Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowianie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowianie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2026

Aleksandra Seliga "Dziady. Pomiędzy literacką fantazją a ludową obrzędowością"



"Dziady. Pomiędzy literacką fantazją a ludową obrzędowością" (Replika, Warszawa 2025) to krótka, czterdziestostronicowa książeczka, w sumie dłuższy artykuł. Dotyczy oczywiście jednego z ważniejszych słowiańskich świąt, czyli Dziadów. 


Co można by tutaj powiedzieć? 

Tematu nie da się dobrze przedstawić na tak krótkiej przestrzeni. Autorka stara się pisać o wszystkim, czyli naturalnie wychodzi z tego "o wszystkim, i o niczym". Myślałem, że więcej dowiem się na temat praktyk związanych z omawianym świętem lecz prawda jest taka, że więcej wiedziałem już wcześniej. 
O nazwie Dziady:
Oznacza ona bowiem zarówno "zmarłych przodków bez różnicy płci", jak i owo święto na ich cześć odprawiane, przy czym najprawdopodobniej to nazwę dusz przeniesiono na uroczystość, nie odwrotnie (s.20). 
A w pewnych regionach miało to znaczenie - świętowano "baby" na cześć kobiet oraz "dziady" na cześć panów. 

Ogólnie książka ma zbyt mało miejsca, żeby przedstawić temat szerzej. Autorka nie przedstawiła uczty kozła, a na bazie źródeł można dostrzec różnice pomiędzy dziełem Mickiewicza  a źródłem inspiracji. 

Powiem, że to trochę komercyjne opracowanie.

Czy polecam? Średnio. 


PS.

1) "Państwo i społeczeństwo", a nie "Prawo i społeczeństwo" ... 

2) Oczywiście temat można wyczerpać na maksa. 
Przytoczmy więc to, o czym pani Seliga nie pisała lub tylko napomknęła.


Kanun. A czym on jest? Najczęściej jest to osłodzona miodem lub cukrem woda (nazywana też sytą), do której kruszy się pieczywo, chleb, obwarzanki lub słodkie bułki. Czasami pod tą nazwą występuje również bezalkoholowy napój ze sfermentowanej mąki i słodu. Rzecz jasna pity na cześć dziadów.


Dużo można pisać o uroczystej wieczerzy przypominającej tradycyjną, wigilijną bożonarodzeniową. To, że liczba potraw w zależności była parzysta lub nieparzysta (Seliga podaje tylko, że liczba musiała być parzysta). By nie obrazić zmarłego, pieczywo nie mogło to być kupione lecz musiało być upieczone w domowym piecu. Wypiekano je dzień wcześniej, uważano bowiem, że w Dniu Zmarłych piec nie należy w obawie przed pożarem. Dlaczego? Do pieca mogłaby wejść jakaś dusza, a chcąc się z niego wydostać, mogłaby go rozsadzić lub wyważyć drzwiczki, wyrzucając do izby płonące szczapy lub węgle. Uważano, że wiejskie pożogi zagród w okolicach tego święta powstają właśnie na skutek nieprzestrzegania tej niepisanej zasady i działania rozgniewanych duchów, którym zakłócono spokój wiecznego spoczynku. Wygląd i nazwa tego pieczywa zależały od regionu: Na Lubelszczyźnie (powałki), na Ziemi Ciechanowskiej (peretyczki). W dostępnych pisanych źródłach opisuje się je jako długie bułki z odciśniętym pośrodku krzyżem. Na cmentarz można było je zanieść dopiero po poświęceniu przez kapłana. Przy czym ich ilość powinna była odpowiadać liczbie zmarłych członków rodziny. Czasami dodatkowo je ozdabiano wzorami, mającymi przypisać je do konkretnego zmarłego. Na Kujawach i południowym Pomorzu przywożono na cmentarze pełne wozy chlebków, które przeznaczone były dla tzw. dusz pustych (bezimiennych), o których albo nikt nie pamiętał, albo osoby im najbliższe także już umarły.


Jedzenie dla dusz zmarłych wraz z wódką lub winem zostawiano na noc na stole. Natomiast dawni mieszkańcy Kaszub i Kociewia, głęboko wierząc w nocne wędrówki dusz, w wigilię dnia zmarłych wykładali na zewnątrz parapetu okiennego ulubione potrawy zmarłych, najczęściej tylko owoce i słodycze. Zazwyczaj przysmaki te padały pastwą zwierząt, czasem psa, który zerwał się z łańcucha. Natomiast, jeśli jedzenie pozostawało rano nietknięte, martwili się, dlaczego istotom z zaświatów ono nie smakowało. 


Wieczorem też uchylano drzwi wejściowe, aby dusze zmarłych mogły odwiedzić swoje dawne mieszkania. Był to znak gościnności, pamięci i życzliwości. Często nawoływano zmarłych po imieniu. 


Po zmierzchu przez dwa pierwsze dni listopada zabronione było wykonywanie pewnych prac domowych: klepania masła, deptania kapusty, maglowania, przędzenia i tkania, cięcia sieczki, wylewania pomyj i spluwania. Powodem była obawa przypadkowego rozgniecenia, skaleczenia czy znieważenia odwiedzającej dom duszy.


Wiara w zmartwychwstanie dusz w tym dniu była ogromna. Krążyły nawet liczne opowieści naocznych świadków, którzy podobno widzieli blade twarze wędrujących dusz z płonącymi zniczami w rękach. Słyszeli ich śpiew i głosy w czasie nabożeństwa. Na cmentarz ludzie chodzili gromadnie i dokonywali rytualnych uczt.  Rozpalali ogień, przynosili jedzenie oraz alkohol, które spożywali w symbolicznej obecności zmarłego. W niektórych regionach wino lub wódkę wylewano na grób. Musiała to jednak inna butelka niż ta, z której spożywali żywi. Na grobie składano jajka jako symbol pewnego zamykania czasu i przestrzeni oraz chleb – znak dobrobytu.


Dawniej zaświaty kojarzyły się ludziom z bezkresem, miejscem pozbawionym barw, zapachów, zimnem. Dlatego zapalano ogień, by wskazywać zmarłemu drogę. Ogniska, rozkładane przy domach, miały podobny charakter. Znicze i świeczki w naszych czasach to echa tej dawnej tradycji. 



Według wierzeń Warmiaków przez trzy dni w roku mogli się oni spotkać z duszami swoich zmarłych przodków. Były to: wigilia Bożego Narodzenia, noc przed niedzielą wielkanocną i Dzień Zaduszny. Wierzono, że dusze zmarłych przychodzą do domu, by się ogrzać. Posypywano ławy stojące obok pieca piaskiem, by rankiem odczytać z pozostawionych śladów czy rzeczywiście dusze przyszły w odwiedziny. Warmiacy, przygotowując się do święta Wszystkich Świętych, starannie porządkowali i stroili groby bliskich. Mogiły ozdabiano przede wszystkim świerkowymi gałązkami i owocami leśnymi a krzyże koralikami nanizanymi na cienki drucik. Tradycyjne potrawy jakie spożywano w dzień zaduszny na Warmii musiały być w kolorze ciemnym. Podawano wówczas czerninę, kaszankę, kaszę gryczaną oraz pieczywo gryczane. W tych dniach istniały też przesądy i zakazy związane z wędrówką dusz zmarłych.


Gospodynie nie mogły rozwieszać prania, bo według wierzeń dusze mogły się w nie zaplątać. Nie wolno było także wylewać wody za próg, by nie oblać wędrującej duszy.

I tak dalej, i tak dalej można by ten temat rozwijać. 

sobota, 12 września 2026

Mariusz Kowalski "Ariowie, Słowianie, Polacy. Pradawne dziedzictwo Międzymorza"


Książka autorstwa Mariusza Kowalskiego pt. "Ariowie, Słowianie, Polacy. Pradawne dziedzictwo Międzymorza" (Biblioteka Wolności, Warszawa 2024) to dyskusja nad pochodzeniem Słowian oraz ich powiązaniami z dawnymi Ariami przy użyciu nowoczesnych badań genetycznych (genetyki genealogicznej). Autor, profesor nauk społecznych PAN, zabiera nas w lubiane i modne tematy na temat haplogrup, choć wbrew pozorom nie jest to turbolechicystyka. Przeciwnie, dzięki tej publikacji zacząłem rozumieć cały ten naukowy bajzel z krwią, który rzekomo nic nie udowadnia. Okazuje się, że może być zupełnie odwrotnie. Udowadnia! Zwłaszcza śledzenie tej legendarnej haplogrupy R1a1 (Y-DNA [R1a], która występuje z wysoką częstotliwością zarówno wśród współczesnych Polaków i innych Słowian, jak i w wyższych kastach w Indiach czy Iranie [potomków dawnych Ariów)]). Kowalski jest zwolennikiem teorii autochtonicznej. Poza wątkami starożytnymi, analizuje cywilizacyjną i kulturową odrębność regionu Europy Wschodniej i prognozuje jego potencjał w ramach koncepcji politycznej Międzymorza. Reszta pracy to czysta historia i polityka. 

R1A1 według AI. 

Obrywa się genetycznie kilku narodom - m.in. Rosjanom, że tak na prawdę są tylko zlepkiem ludów ugrofińskich, turańskich i słowiańskich. Po raz kolejny spotkałem się z tezą, że Ruryk pochodził od fińskich Szwedów. No o potędze Słowian jak zwykle dużo. Nie jest tajemnicą, że dotarli nawet do Grecji - w końcu języki macedoński i bułgarski, który zostawili po drodze jest tego żywym dowodem. No i po raz kolejny spotykam się z teorią, że Germanie w rzeczywistości byli mniej aryjscy od Słowian. 

Hitlerowcy uznali cechy charakterystyczne dla  Skandynawów za kwintesencję aryjskości. Tymczasem Skandynawowie (i Germanowie w ogóle) różnią się od Słowian i Waskończyków tym, że ulegli słabszemu oddziaływaniu przybyszów z centralnej Azji. Fizyczna odrębność Skandynawów wynikała więc w dużym stopniu z cech charakterystycznych dla rdzennej, przedaryjskiej i przedwaskońskiej, ludności Europy (haplogrupa I). Stosunkowo mało potomków nosicieli euroazjatyckich przybyszów było (i jest) również wśród Włochów. Tym sposobem, wbrew oficjalnej hitlerowskiej propagandzie, umiarkowanie "aryjscy" i "waskońscy" Niemcy i Włosi oraz ich jeszcze mniej "aryjscy" i "waskońscy" (a bardziej staroeuropejscy") sojusznicy - Węgrzy, Chorwaci, Rumuni, Bułgarzy - walczyli przeciwko znacznie bardziej "aryjskiej" (za sprawą Słowian) i "waskońskiej" (za sprawą Brytyjczyków, Amerykanów i Francuzów) koalicji (s. 38). 

To wiele tłumaczy. 

Wydawałoby się, że książka może być nudna - wręcz przeciwnie, wciąga i daje do myślenia. 

Muszę zbadać swoją haplogrupę. Koniecznie. Skoro już książkę przeczytałem to i Wam ja gorąco polecam! 

sobota, 22 sierpnia 2026

Mateusz Libera "Zarzewie mroku"


Mateusz Libera "Zarzewie mroku" (Replika, Poznań 2026) to historia kilku uroczych nastolatków, którzy jak to w życiu bywa, natrafili na siły potężniejsze od nich samych. Mamy tutaj fantastyczną historię z końcówki czerwca 2001 r. 

O rety! Skończyłem wtedy trzecią klasę liceum i odprawiłem swój pierwszy "wiccański" rytuał.  To był mniej więcej ten okres. Ale dosyć sentymentów ... A może właśnie przeciwnie - nadmiar sentymentów. Libera pisząc tę książkę przywołuje ducha lat 90. XX w. - wspomina gry z tego okresu, seriale animowane z telewizji, przekąski i napoje, muzykę ze stacji Viva ... No powiem, że trafił w moją epokę. Ale no właśnie, czy w pełni? W 2001 r. Pegasus był już passe a chwalenie się nim to byłby obciach. Faktycznie prym wiodły inne konsole m.in. Ninitendo 64, Sony Playstation czy Sega Saturn. Choć to było ze dwa, może trzy lata wcześniej w okolicach 1998 r. kiedy się jeszcze lubowałem w gierkach komputerowych. No w każdym razie jak na rok 2001 pewne elementy książki trącają mi bardziej początkiem lat 90. niż ich schyłkiem. 

Co zaś do reszty tego dzieła - nie jest ono jakieś nadzwyczajne; historia, którą tu się przedstawia nie robi na mnie wrażenia. Słownictwo na podstawowym poziomie. Nie wykluczam, że można w nich dostrzec trochę anachronicznych wyrażeń, bardziej typowych dla PRLu niż epoki późniejszej. 

Ogółem komercja jakich pełno w czasach obecnych. Oceniam ją jako przeciętną. 

wtorek, 4 sierpnia 2026

Lubomir Czupkiewicz "Pochodzenie i rasa Słowian"


Lubomir Czupkiewicz "Pochodzenie i rasa Słowian" (Nortom, Wrocław 2002) to skok w historię dziejów Słowian. Czy tylko? Nie do końca. Autor omawia wiele ciekawych tematów - od opisów geografii Ptolemeusza przez historię i kontrowersje wokół Mieszka I po teorie rasowe. Z pewnymi koncepcji już się wcześniej spotkałem, np. tym, że to nie Germanie a Słowianie są najbardziej aryjscy z wszystkich ludów Europy. Ba! Pojawia się nawet stwierdzenie, że Nordycy wcale nie musieli być Aryjczykami. O zgrozo! Co na to Niemcy z III Rzeszy? 

Przedstawione wywody pozwalają na stwierdzenie, że w dobie współczesnej, gdy większość narodów indoeuropejskich z dawnych aryjskich cech plemiennych zachowała jedynie pokrewieństwo językowe, zatracając w znacznym stopniu cechy rasowe swych aryjskich przodków, Słowianie pozostają jedynym  większym ludem indoeuropejskim, który oprócz bogatego słownictwa aryjskiego zachował w tak znacznej mierze także cechy dawnej rasy aryjskiej, czyli rasy międzymorskiej. Słowianie rasy międzymorskiej są więc dziś głównymi dziedzicami, przedstawicielami i kontynuatorami rasy starożytnych ludów aryjskich (s.92).  


No cóż. Może jak zwykle mało siebie cenimy, a jak zwykle inni przypisują sobie nasze zalety. Nie raz takie stereotypy drogą polityczno-medialną próbowano nam wmówić. Zdziwiło mnie zaliczenie kultury przeworskiej do celtyckiej (?). Praca ma ok. 90 stron, długo się jej nie czyta. Książkę polecam, choć miejscami trzeba mieć do niej wnikliwy umysł.

wtorek, 28 lipca 2026

Jerzy Strzelczyk "Zapomniane narody Europy"

No to ponownie przenosimy się myślami do czasów starej Europy. Czasów, kiedy barbarzyńskie ludy rezały się nawzajem dając podstawy przyszłym nacjom, których etosy znamy już nieco lepiej. Jerzy Strzelczyk "Zapomniane narody Europy" (Replika, Poznań 2025) to wyższa historia. Autor omawia tu wiele wspomnianych w kronikach tajemniczych plemion, żeby wymienić kilka z nich: Wenetowie, Swebowie, Alanowie, Piktowie, Longobardowie, Wiślanie, Chazarowie, Obodrzyci, Jaćwięgowie, Drzewianie Połabscy. Dobra! Wymieniłem wszystkie. Niech tak zostanie. 

Olbrzymia dawka informacji niezwykle treściwych. Dziwi mnie to, że jest to książka popularnonaukowa, skoro zawiera tyle dobrego materiału i to napisanego bardzo porządnie. Najbardziej oczywiście wciągają tematy dotyczące Słowian i spraw im bliskich. Nie zmienia to faktu, że o innych narodach też warto poznać trochę ciekawostek. Z racji tego, że historykiem nie jestem uwag merytorycznych mieć nie mogę. Miałem jednak baczenie na zamieszczoną pod konie książki obfitą bibliografię; jest to bardzo dużo cennej literatury historycznej.

Ogółem, polecam bez dwóch zdań! 



niedziela, 28 czerwca 2026

Paweł Migdalski "Na starym trakcie. Słowiańskie wątki w mitologii Ziem Odzyskanych na Pomorzu Zachodnim (od 1989 r.)"


Wracamy na Ziemię. Tym razem na Ziemię Pomorską, która po dłuższym czasie w 1946 r. ponownie stała się słowiańską. I prawidłowo, Słowianie rządzą! Paweł Migdalski "Na starym trakcie. Słowiańskie wątki w mitologii Ziem Odzyskanych na Pomorzu Zachodnim (od 1989 r.)" [Chronicum, Wrocław 2025], to historia reslawizacji wspomnianego regionu. 


Autor opisuje postaci i wydarzenia, które przywracały Pomorzu dawnego ducha nadbałtyckich Wenedów. Pojawiło się kilka znajomych nazwisk zasłużonych dla polskiej nauki m.in. Józef Kostrzewski i Gerard Labuda. Duży plus. Znaleziska archeologiczne, muzea, literatura, historia, legendy no, i co najważniejsze dla mnie - słowiańska mitologia, to główne dziedziny którymi usuwano zniemczałość Szczecina, Wolina i całego obecnego Województwa Zachodniopomorskiego.


Pomniki słowiańskich bogów, uroczyska, komiksy (jak "Doman") i inne wątki budzą ducha nadbałtyckiej ziemi. Kolejnym dużym plusem było dla mnie to, że Migdalski wymienił kilka mniej znanych dzieł literatury, które wspominają starą epokę: I.G. Kamińskiego "Mściciel przypływa z Rugii", H. Szołdrskiej " "W wolińskiej strażnicy", opowiadania K. Błahija, książki B.  Mróczyńskiego, J. Cepika, F. Gila. Trochę tego jest, a zostało to niemalże całkowicie zapomniane. Zakładam, że nawet niektórzy rodzimowiercy nigdy o nich nie słyszeli. Czas na reedycję, a stare dzieła z reguły są znacznie od gniotów pisanych przez współczesnych miłośników tematu. 


Ogółem - praca treściwa, ilustrowana, bardzo swojska pod względem tematu, a przy okazji wnosząca wiele nowego o historii współczesnej. Myślę, że Słowianie w XXI w. nie powinni przejść obok niej obojętnie.

Polecam! 



29 października 1972 roku w Teatrze Lalek „Pleciuga” w Szczecinie w reżyserii Krzysztofa Niesiołowskiego wystawiono sztukę Marii Kann "Czarny Koń Trygława" pochodzącą ze zbioru "Baśń o srebrnorogim jeleniu". Oprócz formy scenicznej, tekst ukazał się również w druku jako jedna z baśni w zbiorach opowiadań autorki.

wtorek, 16 czerwca 2026

Marek Włodzimierz Kralka "W starym borze kiedy mali Słowianie chcą dorosnąć"


"W starym borze kiedy mali Słowianie chcą dorosnąć" (Fundacja Slavipole 2026) Marka Włodzmierza Kralki to trzy krótkie opowiadania adresowane do najmłodszych Słowian. Każdy powinien wiedzieć jak w życiu postępować gdyż  świat niesie wiele zagadek, niebezpieczeństw i przygód. Płynący z pracy dydaktyzm jest oczywiście na dobrym poziomie - jak odnosić się do bogów, duchów przyrody i samej natury. Mało tego książeczka wzbogacona została o śliczne, zdobiące ją ilustracje przedstawiające m.in. głównych bohaterów i  słowiańskich bogów. 

Przyznam, że pierwszy raz w życiu czytałem lekturę, która nie zawiera numerów stron. Jedno z opowiadań do złudzenia przypominało mi historię Ahsoki Tano z odcinka pierwszego sezonu serialu animowanego „Star Wars: Opowieści z Jedi” (Tales of the Jedi), zatytułowany „Życie i śmierć” (Life and Death). 

A tak ogólnie to jest OK. Nie chcę tradycyjnie zdradzać fabuły, ani streszczać tekstu, więc napiszę tylko, że warto czytać naszym młodym Słowianom. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Polecam! 


Do tego linki: 

Facebook
Slavipole
Instagram
YouTube

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Tomasz Szkopek "Niewolnictwo Słowian. Germańscy łowcy, żydowscy handlarze, arabscy eksploatatorzy"


Czy my Słowianie jesteśmy potomkami niewolników? Odpowiedź jest brutalnie prosta - nie. Niewolników sprzedawano za granice dawnych słowiańskich państw, kastrowano i wykorzystywano do prac. Oczywiście zdarzały się wyjątki od tej reguły niemniej daleko nam do historycznych brańców. No, może co niektórzy Arabowie, Żydzi poszerzyli swoje rody krzyżując się ze słowiańskimi niewolnicami - nie trudno stwierdzić, że to oni są w takim układzie potomkami niewolników. Niezły paradoks, co nie? Może to oni powinni być niewolnikami i mieć mentalność niewolniczą? Nie będę już wnikał w szczegóły. 

Tomasz Szkopek "Niewolnictwo Słowian. Germańscy łowcy, żydowscy handlarze, arabscy eksploatatorzy" (Veritatis Splendor, Warszawa 2026) to podróż przez historię niewolnictwa. Omówiona zostaje m.in. geneza słowa "slave", które podobnie brzmi w kilku innych językach. Autor bierze pod lupę wiele  ciekawych zagadnień - mit pochodzenia naszego ludu od postaci biblijnych (Jafeta, Kaanana) oraz interpretacje tej bajki przez różnych autorów. 
Ciekawe jest to pochodzenie Słowian od biblijnego Chama, coś musi być na rzeczy bo ludzie często mnie tak nazywają ... 

Na piedestale stoi przede wszystkim rozprawienie się z "Czarną legendą Piastów", czyli innym mitem, według którego barbarzyńscy, pierwsi władcy naszego państwa budowali kraj Polan dzięki handlowi niewolnikami. 

Od strony historycznej dostają po dupie Żydzi. Nic nowego. Od strony naukowej dostaje po dupie wielu badaczy, znanych z nazwisk bardziej lub mniej. Wśród nich na szczególne potraktowanie zasłużył sobie Kamil Janicki. Ogólnie słyszałem o jego pracach negatywne opinie, więc to nie są czcze słowa.
Trochę szerzej: 

"Największy zysk, ponad dziesięciokrotny, przynosiło dostarczanie niewolników do Kordoby, do Bizancjum trzykrotny, gdzie w IX wieku słowiański niewolnik kosztował 10 nomism (32 gramy złota), a czarny niewolnik 4 nomismy (roczna płaca robotnika najemnego wynosiła 2 nomismy)” (s. 32).

Od razu rozpoznaje się prawdziwą wartość człowieka z Europy i z Afryki ...  

Jedno tylko zdanie sprawiło, że prawie zemdlałem:

"Interesująca i godna uwagi jest najnowsza analiza nazw plemion słowiańskich u Geografa [Bawarskiego - przypis Khaliperius], którą opracował Tomasz J. Kosiński" (s. 240).
I tutaj był odnośnik do jego publikacji. No nie no! Trochę powagi przy stosowaniu źródeł! 

Ogółem praca treściwa, wnikliwa i analityczna. Ma duże plusy pomimo dziwnej rekomendacji artykułu pana Tomasza J. Kosińskiego. Napisana przez historyka, oparta na dobrych źródłach i opracowaniach.

Polecam! 

poniedziałek, 23 marca 2026

Joanna Tarnawska "Polish Folk Magic. Ancestral Lore & Traditions of the West Slavs"


Książek o czarownictwie ludowym (głównie bazującym na religii i praktykach dawnych Słowian) mamy w Polsce bardzo dużo. Można je podzielić według kategorii na:
- lepsze (np. naukowa praca Joanny Wawrzeniuk "Magia ochronna Słowian we wczesnym średniowieczu na ziemiach polskich", prace o roślinach: m.in. Karolina Lisek "Słowiańska magia ziół. Obrzędy, bóstwa, demony i rośliny", Marek Włodzimierz Kralka "Zeszyt drzew słowiańskich", Joanna Laprus "Słowiańskie rośliny czarowne"),
- średnie (Joanna Laprus "Słowiańskie boginie ziół"), 
- tragiczne (np. Natalia Stepanova "Wielka księga sekretnych zaklęć rosyjskich szeptuch. Miłość, bogactwo i odzyskiwanie zdrowia", Dobromiła Agiles „Słowiańska wiedźma. Rytuały, przepisy i zaklęcia naszych przodków”, Natasha Helvin "Słowiańska magia w praktyce" oraz "Rosyjska czarna magia" czy Vadim Tschenze "Sekrety szeptuch. Ludowe sposoby uzdrawiania"). 

W języku angielskim również ukazały się dzieła z tej dziedziny; tu na wstępie wymienię moje ulubione Radomira Ristica „Balkan Traditional Witchcraft” oraz „Witchcraft and Sorcery of the Balkans”. Jest już tego na tyle, że mamy w czym wybierać. Pojawia się tylko pytanie, czy istnieją anglojęzyczne lektury, które przedstawiają polskie czarownictwo całemu światu?

I oto jest!

Jedną z pierwszych na ten temat jest praca Joanny Tarnawskiej "Polish Folk Magic. Ancestral Lore & Traditions of the West Slavs" (Crossed Crow Books, Evanston 2025). Autorka wprowadza nas w temat polskiej magii ludowej. Wbrew temu co wszyscy oczekują nie jest to próba rekonstrukcji słowiańskich praktyk przedchrześcijańskich wiedźm, lecz opis tego co powstało synkretycznie po wprowadzeniu chrześcijaństwa. Nie zabrakło jednak także i  wprowadzenia do pogańskiej wizji świata, którą Tarnawska jak najbardziej przytacza (m.in. mit wyłonienia, kult ognia, kult wody). Przedstawione zostały opisy dawnych ludowych praktyk magicznych (m.in. klątwy, okadzanie, magia ochronna, używanie nawęzów, leczenie jajkiem czy magia miłosna), postacie z polskiego folkloru (diabły, duchy domowe czy specyficzna postać i rola Maryji). Na końcu szczegółowe zostały opisane polskie święta i magia z nimi związana. 


Czy mam jakieś uwagi? Autorka przedstawia mitologię słowiańską opartą o współczesne rodzimowiercze wizje. Pojawiają się np. "Prawia" i "Jawia", które pochodzą z "Księgi Welesa". No i słynne "Panu Bogu święcę, a diabłu ogarek". W oryginale było "diabłu dwie", ale wiemy, że już wersja z ogarkiem się przyjęła. Odnotowałem jedną drobną wpadkę - katolicyzm był główną religią w Szkocji (s.105)? Oj nie.

Jakie wrażenia?


Ogólnie bardzo dobre. Nie jest to kolejny mizerny podręcznik słowiańskiego New Age, tylko przedstawienie ludowych praktyk z aspektu historycznego. Nie ma tutaj żadnych wymysłów, a jest czysta historia, demonologia i folklor. Praca ta ma szanse stać się jednym z pierwszych podręczników polskiej magii ludowej w świecie dzięki wydaniu jej w języku angielskim, czego autorce z całego serca życzę! Jest to bardzo dobre przedstawienie tematu ze szczegółami. Pewne informacje były dla mnie nowością np. praktyki z Dnia Świętego Medarda.  

Tak czy owak, książka rewelacyjna - gorąco polecam, zarówno Polakom jak i wszystkim  anglojęzycznym wiedźmom i wiedźminom. 


sobota, 28 lutego 2026

"Helmolda kronika Słowian" wstęp i opracowanie Jerzy Strzelczyk


Kolega Welerad na jednym ze spotkań Gniazda Żmija ZWRP "Ród" zasugerował, że koniecznie przeczytać należy "Helmolda kronikę Słowian". 

To cenne dzieło stało się łatwo dostępne dla wszystkich dzięki wydawnictwu Replika (2024, tł. Józef Matuszewski). Jak powszechnie wiadomo, jest to absolutny klasyk, który zawiera tyle samo cennych informacji co i przekłamań, historycznych niezgodności i drobnych pomyłek, które badacze zweryfikowali na przestrzeni lat. Tekst ten przyczynił się do poszerzenia wiedzy o religii dawnych Słowian, choć przyznam, że fragmenty dotyczące kultu źródeł, kamieni, lasów, boga Prowe, Podaga czy Świętowita notorycznie powtarzane były we wszystkich opracowaniach. 


Książkę ciężko się czyta, historia przedstawiona w niej jest bardzo sucha. Kilka jednak informacji warto zapamiętać oprócz tego, że Słowianie składali ofiary z chrześcijan, a głowę jednego biskupa nadziali na dzidę i wystawili na widok publiczny. 

Słowianie bowiem z natury są wiarołomni i złośliwi, należy się ich zatem strzec (s.121). 

Nie oszczędzają ponadto kościołów, które zrównują z ziemią, cmentarzy, klasztorów. W wojnach biorą udział wyłącznie dla rabunków. Mordują księży ... Ech ... I pomyśleć, że to samo robią co jakiś czas współcześni metalowcy to po prostu tradycja. 


Zaciekawiła mnie też klątwa rzucona na dynastię Salicką. Praktycznie to samo co w przypadku Jakuba de Molay, na Henryku V wygasa linia. 

Klasyki gatunku nie ma co za bardzo omawiać. Warto się z nią jednak zapoznać. Polecam! 

czwartek, 22 stycznia 2026

Zorian Dołęga-Chodakowski "O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem"


Zorian Dołęga-Chodakowski "O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem. Wstęp i omówienie Mikołaj Jarmakowski (Imiona Słowiańskie, Siedlce 2025)" to nowa edycja kultowej rozprawy napisanej przez postać, która uchodzi w oczach wielu za pierwszego polskiego neopoganina. Rozprawa jak rozprawa; niedługa, niekrótka lecz w sam raz. Kilka ciekawych myśli przedstawia, ale jak wiemy z dalszej części pracy - świat nauki surowo podszedł do całości. Ale nic to, naukę wypiera lepsza nauka, a rozprawka jest czym jest. Zawsze był to krok w lepszym kierunku do większej promocji świata wierzeń dawnych Słowian. Jest to zabytek literacki i większe recenzowanie go na blogu raczej mija się z celem.

Wielki ukłon należy się z pewnością Mikołajowi Jarmakowskiemu za rozwinięcie tematu i szczegółowe omówienie dziedzictwa poglądów Adama Czarnockiego (bo tak w rzeczywistości miał na imię autor omawianej w tym poście lektury). Przedstawione zostają późniejsze wizje klasyków epoki romantyzmu jak i późniejszych dekad. Dużo mniej lub lepiej znanych nazwisk i cytatów. Warto, tym bardziej, że Jarmakowski korzysta z wielu solidnych opracowań.

Ogółem polecam! Klasyka wobec której żaden Słowianin nie powinien przejść obojętnie. 

sobota, 13 grudnia 2025

Michaela Gajdošíková-Šebetovská "Weles. Słowiański bóg zaświatów"


Początek grudnia to czas najbardziej "chtonicznych" dni w roku. Po okresie wróżb i duchów kopalni przychodzi noc, podczas której grasuje Krampus. Następnego dnia św. Mikołaj, którego związki z Welesem na Wschodzie są oczywiste. 7 grudnia La Quema del Diablo w Gwatemali. I w istocie zrobiło się iście diabelsko. 

Panowie! Grzejemy ogony. 

Skoro już jesteśmy przy sferze chtonicznej, diabłach i innych swojskich klimatach to przejdźmy od razu do postaci Welesa. Michaela Gajdošíková-Šebetovská "Weles. Słowiański bóg zaświatów" (Replika, 2025) to kolejne, pełne opracowanie poświęcone tytułowemu, jednemu z najlepiej udokumentowanych w źródłach słowiańskiemu bogu.

Co tym razem? Kilka nowości i zwłaszcza porównań do bogów innych panteonów, które do tej pory nie były zbyt często wałkowane. Jest plus. Kolejną mocną stroną lektury jest to, że Gajdošíková-Šebetovská dobrze rozprawia się z poglądem, że mit wyłowienia wcale nie musi być zapożyczeniem od ludów ugrofińskich; autorka dostrzega duże podobieństwa w micie Waruny czy u bałtyjskiego Welniasa. Zostajemy na starych śmieciach w naszym religijnym światopoglądzie (Łuczyński baj, baj!). 

Omówione zostają wszystkie źródła włącznie z wykluczeniem treści pochodzacych z popularnych apokryfów, porównania bogów z kilku panteonów i wątków folklorystycznych oraz kręgi semantyczne. 

Ogólnie wszystko czego potrzeba do dobrej pozycji na temat boga Welesa. Książkę wszystkim gorąco rekomenduję & Sława Welesowi! 


niedziela, 30 listopada 2025

Tadeusz Wojciechowski "O Piaście i piaście"


Żeby nie żyć ciągle religią Słowian na przegrychę wziąłem sobie coś na temat historii. A właściwie nawet legend o pradziejach naszego państwa. Tadeuesz Wojciechowski "O Piaście i piaście" (Miles, Kraków 2005 na podstawie przedruku z 1895 r.) to krótka książeczka będąca zbiorem rozważań na temat postaci Piasta. Autor głowi się nad faktem, czy było to imię osobowe protoplasty pierwszej polskiej dynastii królewskiej, czy może po prostu tytuł urzędniczy. Porównane zostają informacje płynące z kronik, a nawet Wojciechowski dostrzega pewne analogie w legendzie o dwóch misjonarzach, którzy przybyli na postrzyżyny Mieszka do greckiego mitu o Filemonie i Baucydzie. 

Krótkie, acz ciekawe. Należy jednak wziąć pod uwagę, że jest to bardzo stara praca i wiele wniosków z niej płynących śmiało możemy uznać za zdezaktualizowane. 

Mimo to polecam! 



piątek, 21 listopada 2025

Piotr Grochowski "Polskie rodzimowierstwo"

 


Wracamy do ulubionych tematów. A niewątpliwe do jednego z nich zalicza się współczesne odrodzenie dawnych, przedchrześcijańskich religii w nowej postaci. Jako rodzimowierca słowiański, a także badacz ruchów neopogańskich nie mogłem przejść obojętnie obok książki Piotra Grochowskiego pt. "Polskie rodzimowierstwo. Dziedzictwo przedchrześcijańskich Słowian w świecie późnej nowoczesności" (Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2025). 
Tak sobie czytałem, oglądałem zdjęcia i nieustająco widziałem znajome twarze, imiona, gromady ... Jako, że od lat prowadzę stronę na Facebooku na temat słowiańskiego pogaństwa i czarownictwa mogę stwierdzić, że treść książki to moja codzienność. I co mogę więcej napisać? Grochowski maksymalnie wyczerpał temat rodzimowierstwa w Polsce. Omówił dokładnie historię, problemy z doktryną, kult i organizację, czyli klasyczne komponenty na jakie składa się religia. Poruszył też m.in. kwestie polityczne. Muszę przyznać, a jest to rzadkość w pracach naukowych, nie znalazłem praktycznie żadnego błędu merytorycznego. Na tyle, na ile znam temat, przyznam, że jego przedstawienie ociera się o perfekcję. Może tylko nazwałbym obecne czasy "postindustrialnymi", Grochowski zalicza je do wcześniejszej epoki "industrialnej". 

Gdybym miał oceniać to dzieło to wystawiłbym ocenę plus bardzo dobrą. A dlaczego nie celującą? Praca ma drobne mankamenty; autor pominął w bibliografii książki takie jak "Slavic Witches and Social Media" Marty R. Jabłońskiej oraz co gorsza "Współczesne czarownictwo. Dzieje religii wicca od legendarnych sabatów po wirtualne rytuały" Macieja Witulskiego. A szkoda, bo w przypadku tej drugiej autor oprócz tego, że przedstawił temat rodzimowierstwa słowiańskiego omówił różnice pomiędzy rekonstrukcjonizmami a innymi odmianami neopogaństwa takimi jak wicca. Stanowczo u Grochowskiego tego zabrakło. 

A tak to rewelacja. Książkę z czystym sumieniem polecam wszystkim rodzimowiercom słowiańskim oraz badaczom. Lektura ta stała się dla mnie absolutnym klasykiem w tym temacie (przynajmniej aktualną na rok 2025). 

Czytajcie dzieciaczki! Sława! 

wtorek, 23 września 2025

Elwira Dresler-Janik "Córki bogini Mokosz. Leszygród. Tom 1"

Wracamy do słowiańskich klimatów. Na dobrą sprawę nigdy od nich nie odeszliśmy, a lekka przerwa zrobiła więcej dobrego niż złego. Leżąc na plaży w Złotych Piaskach w Bułgarii sięgnąłem po książkę Elwiry Dresler-Janik "Córki bogini Mokosz. Leszygród. Tom 1" (Replika, Poznań 2024). 


Słowiańskości nigdy za wiele. Bułgaria, Morze Czarne i lektura w klimacie. Tak widzi to AI.

Jest to opowieść, której fabuła toczy się w świecie pełnym słowiańskości. Opowiada losy rodzeństwa pochodzącego z dosyć patologicznej rodziny Wyszomira i radzącej sobie lub nie w życiu po jego zabójstwie. Imiona, bogowie - wszystko klasycznie. 

Cóż powiedzieć więcej? Ogółem praca jest bardzo przeciętna. Niczym na dobrą sprawę autorka mi nie zaimponowała. Nie ma tego co lubię, czyli dużego zasobu słownictwa i opisów czy to przyrody, czy otaczającego świata. Na dobrą sprawę najwięcej jest charakterystyki zadawanego bólu, ran i cierpienia. Leje się krew i świszczy od bicia w tyłek niegrzecznego Bolemira. Sama fabuła nie wydaje się również być czymś szczególnym.  

Opowiastka jak wiele innych. Nie jest to poziom Z. Nienackiego czy J.I. Kraszewskiego. Nie polecam, bo wrażenia nie robi. 


Nawet AI nie chce właściwie wygenerować słowiańskich dzieciaków w starej chatce. 

piątek, 5 września 2025

Igor D. Górewicz "Pomorskie opowieści 2. Kraina Piratów"


Po raz kolejny młody czytelnik może zaznajomić się wstępnie z zapomnianą chwałą Pomorza. Igor D. Górewicz "Pomorskie opowieści 2. Kraina Piratów" (Triglav, Szczecin 2023) to prolegomena do historii walecznych Słowian z obszarów wyspy Wolin, Szczecina i zgermanizowanych co nieco terenów Połabia. 
    Mało kto już pamięta naszych rodzimych piratów, zwanych chąśnikami. Ba! Mało kto wie, że wśród skandynawskich wikingów nie brakowało słowiańskich najemników. A to koniecznie trzeba wiedzieć, że Polacy mają nie tylko swoje pustynie, zapomniane czarownice, państwo Jaksy, książąt, naukowców i odkrywców, ale także osiągniecia w innych dziedzinach, w tym także w zorganizowanym piractwie. Takie książeczki pozwalają budować nam wysoką samoocenę. Jak mówi stare powiedzenie: "cudze chwalicie, swojego nie znacie". Odkrywamy wspaniały świat Słowian na nowo w nieznanych wielu osobom aspektach. Może w przyszłości reżyserzy i show runnerzy nakręcą jakieś filmy czy seriale na ten temat (swojej sugestii nie kieruję do tych z Netfliksa).