Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodnover Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodnover Fiction. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2026

Mateusz Libera "Zarzewie mroku"


Mateusz Libera "Zarzewie mroku" (Replika, Poznań 2026) to historia kilku uroczych nastolatków, którzy jak to w życiu bywa, natrafili na siły potężniejsze od nich samych. Mamy tutaj fantastyczną historię z końcówki czerwca 2001 r. 

O rety! Skończyłem wtedy trzecią klasę liceum i odprawiłem swój pierwszy "wiccański" rytuał.  To był mniej więcej ten okres. Ale dosyć sentymentów ... A może właśnie przeciwnie - nadmiar sentymentów. Libera pisząc tę książkę przywołuje ducha lat 90. XX w. - wspomina gry z tego okresu, seriale animowane z telewizji, przekąski i napoje, muzykę ze stacji Viva ... No powiem, że trafił w moją epokę. Ale no właśnie, czy w pełni? W 2001 r. Pegasus był już passe a chwalenie się nim to byłby obciach. Faktycznie prym wiodły inne konsole m.in. Ninitendo 64, Sony Playstation czy Sega Saturn. Choć to było ze dwa, może trzy lata wcześniej w okolicach 1998 r. kiedy się jeszcze lubowałem w gierkach komputerowych. No w każdym razie jak na rok 2001 pewne elementy książki trącają mi bardziej początkiem lat 90. niż ich schyłkiem. 

Co zaś do reszty tego dzieła - nie jest ono jakieś nadzwyczajne; historia, którą tu się przedstawia nie robi na mnie wrażenia. Słownictwo na podstawowym poziomie. Nie wykluczam, że można w nich dostrzec trochę anachronicznych wyrażeń, bardziej typowych dla PRLu niż epoki późniejszej. 

Ogółem komercja jakich pełno w czasach obecnych. Oceniam ją jako przeciętną. 

wtorek, 16 czerwca 2026

Marek Włodzimierz Kralka "W starym borze kiedy mali Słowianie chcą dorosnąć"


"W starym borze kiedy mali Słowianie chcą dorosnąć" (Fundacja Slavipole 2026) Marka Włodzmierza Kralki to trzy krótkie opowiadania adresowane do najmłodszych Słowian. Każdy powinien wiedzieć jak w życiu postępować gdyż  świat niesie wiele zagadek, niebezpieczeństw i przygód. Płynący z pracy dydaktyzm jest oczywiście na dobrym poziomie - jak odnosić się do bogów, duchów przyrody i samej natury. Mało tego książeczka wzbogacona została o śliczne, zdobiące ją ilustracje przedstawiające m.in. głównych bohaterów i  słowiańskich bogów. 

Przyznam, że pierwszy raz w życiu czytałem lekturę, która nie zawiera numerów stron. Jedno z opowiadań do złudzenia przypominało mi historię Ahsoki Tano z odcinka pierwszego sezonu serialu animowanego „Star Wars: Opowieści z Jedi” (Tales of the Jedi), zatytułowany „Życie i śmierć” (Life and Death). 

A tak ogólnie to jest OK. Nie chcę tradycyjnie zdradzać fabuły, ani streszczać tekstu, więc napiszę tylko, że warto czytać naszym młodym Słowianom. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Polecam! 


Do tego linki: 

Facebook
Slavipole
Instagram
YouTube

wtorek, 23 września 2025

Elwira Dresler-Janik "Córki bogini Mokosz. Leszygród. Tom 1"

Wracamy do słowiańskich klimatów. Na dobrą sprawę nigdy od nich nie odeszliśmy, a lekka przerwa zrobiła więcej dobrego niż złego. Leżąc na plaży w Złotych Piaskach w Bułgarii sięgnąłem po książkę Elwiry Dresler-Janik "Córki bogini Mokosz. Leszygród. Tom 1" (Replika, Poznań 2024). 


Słowiańskości nigdy za wiele. Bułgaria, Morze Czarne i lektura w klimacie. Tak widzi to AI.

Jest to opowieść, której fabuła toczy się w świecie pełnym słowiańskości. Opowiada losy rodzeństwa pochodzącego z dosyć patologicznej rodziny Wyszomira i radzącej sobie lub nie w życiu po jego zabójstwie. Imiona, bogowie - wszystko klasycznie. 

Cóż powiedzieć więcej? Ogółem praca jest bardzo przeciętna. Niczym na dobrą sprawę autorka mi nie zaimponowała. Nie ma tego co lubię, czyli dużego zasobu słownictwa i opisów czy to przyrody, czy otaczającego świata. Na dobrą sprawę najwięcej jest charakterystyki zadawanego bólu, ran i cierpienia. Leje się krew i świszczy od bicia w tyłek niegrzecznego Bolemira. Sama fabuła nie wydaje się również być czymś szczególnym.  

Opowiastka jak wiele innych. Nie jest to poziom Z. Nienackiego czy J.I. Kraszewskiego. Nie polecam, bo wrażenia nie robi. 


Nawet AI nie chce właściwie wygenerować słowiańskich dzieciaków w starej chatce. 

czwartek, 11 lipca 2024

Grzegorz Gajek "Piast"

 

Grzegorz Gajek jako kolejny postanawia przedstawić legendarne dzieje początków państwa polskiego od nowa. Mieliśmy już różne interpretacje; opisy gnijących trupów na polach u Kraszewskiego w "Starej baśni", pełne zaspokojenie seksualnego ego na wszystkie sposoby w "Ja, Dago" Nienackiego. 

Czym jednak wyróżnia się "Piast"? Szczerze powiedziawszy trochę trąca mi to ulubionymi przez współczesnego pogan wizjami mieszania się kultury słowiańskiej i wikińskiej. Główni bohaterowie, Słowianie niebawem stają się niewolnikami i zaczynają prowadzić żywot wiciędzy. Nie będę tu zdradzał szczegółów fabuły. Jednak czuję, że trochę zmierza to w kierunku teorii Zdzisława Skroka i jego miłośników. Czy nie da się przedstawić czasów Polski przedchrześcijańskiej bez tych wątków filogermańskich? 

Książkę szybko się czyta, chociaż przyznam, że nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Nie podobają mi się przedstawiane wulgaryzmy; wyraz "kurwa" powszechnie uchodzi za latynizm. Może i ta teoria jest błędna, niemniej używanie tego słowa przez ludzi z epoki przedchrześcijańskiej brzmi trochę anachronicznie. Sam język autor też stylizuje na gwarę drużyn rekonstrukcji historycznej. Nie jest on jednak "odchwaszczony".

Ogółem, może na ocenę dostateczną bym to ocenił.



czwartek, 29 lutego 2024

Bartłomiej Dejnega "Prawieści. Mity Słowian"

 

"Prawieści. Mity Słowian" Bartłomieja Dejnegi to kolejna, literacka próba odtworzenia mitów dawnych Słowian. Książka stanowi zbiór krótkich opowiastek o losach bogów, zrekonstruowanych na bazie rozmaitych źródeł, głównie znanych prac naukowych. Każdy rozdział kończy się wyjaśnieniem, dlaczego autor przedstawił taki, a nie inny koncept, podając przy tym zalecaną bibliografię. 

Cóż rzec? Interpretacje całkiem niezłe w moim odczuciu. Autor bazuje na dziełach znanych badaczy; m.in. A. Szyjewskiego, R. Tomickiego, B. Uspienskiego, M. Łuczyńskiego i wielu innych. Książka jest zatem oparta na solidnych fundamentach. Większość przedstawionych mitów zgodnych jest z ogólnie przyjętymi przez zarówno wyznawców, jak i badaczy teoriami. Dejnega nie szczędzi też krytyki niektórym z popularnych tez, np. W. Ivanova i W. Toporova. 

Oczywiście do wszystkiego można mieć wątpliwości przy badaniu pogaństwa naszych przodków. Co plemię, mogło wierzyć we wszystko inaczej. Nawet wizja końca świata, w której to prawdopodobnie Weles zabije Peruna, a krew tego drugiego demiurga spali ziemię, jak to powiadali Huculi, jest ciut inne od tego, które przedstawia autor w swoim zbiorze.

Trzeba jednak śmiało zaliczyć pracę do wartościowych. Mało jest literackich prób odtworzenia mitologii słowiańskiej opartych na naukowych przesłankach; w sumie może na chwilę obecną mogę wymienić adresowaną do najmłodszych "Mitologię. Przygody słowiańskich bogów" M. Kapelusz. W większości są to dzieła czysto literackie oparte na autorskich wizjach. 

Praca Bartłomieja Dejnegi systematyzuje wiele. Autor daje także pod koniec do zrozumienia, że jeszcze przez wiele lat świat nauki nie zazna spokoju próbując zdobyć i osiągnąć wysoki pułap wiedzy o słowiańskim pogaństwie. Cóż, niewątpliwie w tej dyscyplinie szybko nie dorównamy Grekom czy Germanom.  

Książkę gorąco polecam! Oparta jest na dobrych, wiarygodnych źródłach i bardzo sensownej interpretacji autora. 

wtorek, 9 stycznia 2024

Jarosław Łojek "Legendy Rosji. Mroczne podania, opowieści i legendy wschodniej Słowiańszczyzny"

 
Kierunek - wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja. I nie ma wątpliwości, że jest ona bogata w kulturę, długą tradycję i obfity folklor, z którego czerpać można garściami. 

Rosja to kraj geograficznie nam bliski, ale bardzo słabo znany. Mentalnie byliśmy zawsze z jednej strony Zachodni, z drugiej, łatwo było nam nawiązać współpracę z ludźmi ze Wschodu. Świadczył o tym do niedawna fakt, że wielu menedżerów polskich wyemigrowało do pracy w Rosji. Z jednej strony my Słowianie, z drugiej cywilizacja łacińska. Ale dobra, dosyć tego nachalnego wstępu. 

Malachitnica

Jarosław Łojek po opublikowaniu "Legend i podań Słowian" postanowił pójść za ciosem i zaprezentować nam w szczegółowej postaci legendy sąsiednich narodów. Tym razem praca została zawężona tematycznie do obszaru dawnej Rusi (czyli m.in. obecna Ukraina), współczesnych Wielkorusinów i to zarówno słowiańskiej części europejskiej Rosji, jak i innych ludów zamieszkujących jej tereny. Mamy tutaj zarówno czasy przedchrześcijańskie i współczesny folklor. Autor zaczyna od przedstawienia podań ruskich, skąd przechodzi do historii z Moskwy, Petersburga, innych obszarów europejskiej Rosji, Krymu, by następnie podążyć przez Syberię, kończąc na uwielbianych przez nas tych o słowiańskich bogach i demonach. 

Pewne historie poruszają wyobraźnię i skojarzenia. Na pewno Menk, jako rosyjski Yeti napawa przekonaniem, że chyba za daleko stąd poszukujemy wielkiej stopy, która mogła żyć w sąsiedztwie. 

Menk, rosyjski Yeti. 

Jezioro Brosno jako rosyjskie Loch Ness. Czasem zastanawiałem się, czy Stonenhenge nie jest miejscem zbyt przereklamowanym widząc Arkaim. Jak widać, nie trudno na terenie Rosji znaleźć "brytyjskie akcenty". 

Słowiańska Nessie z Brosna.

Niektóre legendy wpędzają w osłupienie. Zaciekawiły mnie historie o Cmentarzu Małochotińskim, gdzie odbywały się sabaty czarownic. Tak samo jak te groby alchemików. Po raz kolejny folklor zachywca bogactwem czegoś, co tygryski czarownictwa lubią najbardziej. Już te historie o podziemnych tunelach w Rosji nasuwają skojarzenia.



Stara, rosyjska gra "Lochy Kremla" najwyraźniej inspirowana była wieloma legendami o podziemnych tunelach w Moskwie. 

Historia Lanceputich wskazuje, że tradycja rosyjskiej ruletki jest znacznie starsza w tym kraju niż byśmy się tego spodziewali. 

Morski Car, ojciec Wasylicy. 

Cóż dodać? Niektóre podania tłumaczą historię na sposób czysto turbosłowiański, ale pamiętajmy, że w ich przypadku jest to naturalne zjawisko. Światu potrzebne są mity, a zmieniają się one w poszczególnych epokach.  


Cóż rzec jeszcze na koniec? Ogółem świetne i nowatorskie opracowanie legend z obszaru Federacji Rosyjskiej. Dowiedziałem się wielu nowych ciekawostek na temat lubianych przez nas postaci z folkloru słowiańskiego. Poznałem kilka nowych historii i bajek. 


środa, 22 lutego 2023

Melania Kapelusz "Mitologia. Przygody słowiańskich bogów."

 

To dosłownie na godzinkę odrobina literatury dziecięcej. Owszem, uważam, że porządnych Słowian należy wdrażać w świat rodzimych mitów, legend i podań. I to od wczesnych lat życia. Czym skorupka za młodu ... nie będę rozwijał tematów oczywistych. 

Książka Melanii Kapelusz "Mitologia. Przygody słowiańskich bogów" to przedstawieniu kilku najbardziej popularnych mitów słowiańskich, adresowanych do najmłodszych czytelników. Bogato ilustrowana obrazkami autorstwa Ewy Poklewskiej-Koziełło praca, daje małym Słowianom wstępny wgląd w to, w co wierzyli przed wiekami nasi przodkowie. 

Mity i historie przedstawione zostały w postaci zrekonstruowanej, gdzie zamiast Boga i Diabła występują kolejno Perun i Weles. Myślę, że tę interpretację podziela większość zarówno badaczy, jak i rodzimowierców słowiańskich. Oprócz kosmogenezy, antropogenezy, jest także legenda o koniu z Arkony i Axis Mundi. Na końcu jeszcze mini słowniczek występujących w książeczce postaci. 


Może lektura adresowana jest do starszych dzieci, niemniej te stroje dla małych Słowian, które sprzedają Zielone Listki wpędzają w dumę. 

Dobra czytanka dla Słowianiątek. Wiadomo, że dzieciom wszystkiego nie wyjaśnimy, nie opowiemy, i nie uświadomimy. Ogólne opracowanie tematu zmobilizuje je w późniejszych latach życia do pełnego zgłębienia wiedzy o religii Słowian. Będą czytały opracowania naukowe i przypominały sobie bajki z dzieciństwa. Od razu wyłapią różnice i przypomną sobie jakimi wersjami karmiono je za młodu. 

To zdecydowanie lepsze opracowanie mitologii słowiańskiej w wersji popularyzatorskiej dla dzieci. Mniej jest autorskich wizji, więcej przelewania na papier autentycznych wierzeń z czasów przedchrześcijańskich, w znanych nam dotychczas postaciach. Oczywiście językiem zrozumiałym dla najmłodszych, bo to do nich adresowana jest ta praca. 

Gorąco polecam! 

Poczytaj mi słowiańska mamo!

Poczytaj mi słowiański tato! 

sobota, 19 listopada 2022

"Nawia. Szamanki / Szeptuchy / Demony"

 

Na krótki okres czasu postanowiłem zanurzyć wzrok w bieżącej literaturze usytuowanej tematycznie w starych, dobrych, słowiańskich klimatach. Widząc, że zainteresowanie czasami przedchrześcijańskimi wciąż nie maleje, na co dowodem jest mnóstwo literatury pięknej na ten temat dostępnej w Empiku, nabyłem zbioróweczkę pt. "Nawia. Szamanki / Szeptuchy / Demony". Ogółem, są to krótkie opowiadania autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk, Marty Krajewskiej, Anny Szumacher, Jagny Rolskiej, Rafała Dębskiego, Martyny Raduchowskiej, Marcina Podlewskiego, Marcina Mortki. Większość literatów pretendowała do Nagrody Zajdla, co wyróżnia się często w krótkich, zamieszczonych notkach biograficznych.

Jakie wnioski? Przyznam, że jakoś szczególnie autorzy mi nie zaimponowali. Opowiadania oceniam jako przeciętne. Na ogół przypominają typowe ludowe, czy znane z historii, powiastki silnie naładowane wiedzą o słowiańskich wierzeniach i praktykach.  Pewnie dlatego, żeby czytelnik czuł się zachwycony tą "słowiańską ekspresją". Bardzo długo się męczyłem z tą książką; bo chociaż czyta się ją stosunkowo szybko, sama treść za bardzo nie wciąga. Jeden rozdzialik przypominał mi swoją treścią "Amerykańskich bogów" Gaimana, przez co uznałem, że chyba nie mamy już tak dobrych pisarzy jak dawniej, skoro brniemy w (h)amerykańskim kierunku. Wadą książki jest również to, że nie wszystkie zamieszczone opowiadania ściśle odwołują się do tytułu pracy. 

Da się to czytać, ale przyznam, że trochę trąca to komercją. Nie znalazłem ani jednego opowiadania, które wyróżniałoby się czymś szczególnym, co jakoś wybitnie zapadłoby mi w pamięć. Wszystko na średnim poziomie. 

Średnio polecam! 

niedziela, 22 maja 2022

Agnieszka Sorycz "Północny sabat"

 

"Gdy wieczność pochłania świat, ostatnią nadzieją są wiedźmy" jak przeczytałem na okładce. Tylko czy to prawda? "Północny sabat" Agnieszki Sorycz to kolejna, dostępna na polskim rynku wydawniczym powieść inspirowana światem wierzeń dawnych Słowian, czarownictwem i generalnie swojskimi klimatami współczesnej Polski. No pewnie, bo jak nie wiccanie to asatryjczycy, rodzimowiercy, Ankh, Auseklis ... Ja już to gdzieś widziałem. 

Opowiadanko o sympatycznej damie, która boryka się z problemami migreny, ale jak się potem okazuje, nie są one czymś zwyczajnym. XXI wiek, Warszawa i wszystko co się tam dziać może. Jakby z życia przerysowane, niemniej Sorycz wprowadza nas w wyimaginowany świat Zaklinaczy, Viru, Łowców ... 

Mitologię słowiańską zawartą w tekście oceniłbym na trójkę; niby mamy słowiański panteon, lecz nieco odrealniony. Biorę jednak pod uwagę fakt, że to nie praca naukowa, a typowe Rodnover Fiction. Sama fabuła też nie jest czymś nadzwyczajnym. Dziwi mnie to, że bohaterowie noszą prawie same słowiańskie imiona, co tak na prawdę nie jest dziś popularne. Dałbym kolejną ocenę dostateczną. Wizja reinkarnacji nawet nie specjalnie New Age'owa; odradzanie się bohaterów w takiej samej postaci ... No cóż, są i takie koncepcje zarówno literackie jak i filmowe. Jakość pracy psują opisy; jest ich strasznie dużo, a sam wątek fabularny traciłem nie raz czytając bardzo uważnie. Wyższość formy nad treścią. Trochę w tym romansidła, trochę przygodówki. 

Osobiście "Północny sabat" mnie nie wciągnął, ale też nie ukrywam, nie jestem fanem tego typu literatury. Nie chcę jednak, żeby ktoś zarzucał mi, że pasjonuję się pogańską Słowiańszczyzną, a nie znam podstaw jeśli chodzi o muzykę, kino czy literaturę. Przebrnąłem do końca i mam nadzieję, że i Wam się to uda. Lektura nie zaskakuje, ale też nie załamuje. W mojej ocenie pół na pół. 


"Veles" 
autor: Lara Logvinenko
źródło: https://www.artstation.com/artwork/8eAElx (dostęp 22.05.2022) 

niedziela, 30 sierpnia 2020

Igor D. Górewicz "Borek i legendarne początki Polski"


Ku mojemu olbrzymiemu zaskoczeniu książka autorstwa Igora D. Górewicza "Borek i bogowie Słowian" doczekała się kontynuacji. Nasz wspaniały słowiański świat jak powszechnie wiemy ma dużo do zaoferowania. I to nie tylko w sferze bogów, demonów czy ogólnie duchowości. Także polskie legendy mają unikatowy klimat, choć zdarzają się tacy, którzy przypisują im obcy rodowód lub przynajmniej wspólne cechy z podaniami innych narodów. A historia? A to już temat na osobny post. 

Dzięki lekturze takim jak ta możemy barwniej poznawać naszą lechicką przeszłość. Wraz z Borkiem i jego młodszym bratem Oskarem przenosimy się w otchłanie przeszłości. Podróżujemy do Krakowa, Gniezna, poznajemy legendarnych władców i historyczne postacie. Jesteśmy wszędzie tam, gdzie wydarzyły się znaczące dla naszej kultury baśniowe sytuacje. Autor przedstawia nam obyczajowość dawnych Lechitów, opisuje realia życia. Magiczny portal, lasy, jeziora, potęgują klimat sprzed ponad tysiąca lat. Czytelnik może poczuć się z dala od cywilizacji, która odcina nam więź z naturą, której nie brakowało naszym przodkom. Oczywiście jak wiadomo, jest to bajka, wiele rzeczy przedstawionych zostało pod najmłodszego Słowianina, dla którego nie wszystko jest takie oczywiste. 

Zaszczepianie zainteresowania początkami naszego państwa najmłodszym powinno być obligatoryjne. Ignorujmy to, co "antyszczepionkowcy kulturowi" na ten temat głoszą. Słowiańskie dzieci są najważniejsze i zasługują na taki luksus. Myślę, że "Borek i legendarne początki Polski" powinien doczekać się ekranizacji. Nawet miniserial na YouTube nakręcony z udziałem przedstawicieli grup rekonstrukcji historycznej sprostałby zadaniu. Lepiej weźmy się za promowanie naszej polskiej tradycji, póki jest mało znana. Warto pokazać młodemu pokoleniu jakim potencjałem dysponujemy. I jak go zaniedbujemy w obecnych czasach. 

Książka ciekawa! Gorąco polecam! Powinna być obowiązkową lekturą w pierwszych klasach szkoły podstawowej. 

wtorek, 21 lipca 2020

Barbara Piórkowska "Kraboszki"


Nawiązania do tematu religii dawnych Słowian, zarówno w tytule jak i w tekście to wspaniały pretekst do sięgnięcia po książkę. Co jakiś czas pojawiają się na polskim rynku wydawniczym dzieła literatury pięknej, a ich autorzy przenoszą nas do czasów późnego średniowiecza czy nawet dalszych epok kiedy to powrót dawnych bogów jest czymś znaczącym. Mało jest jednak literatury filozoficznej opisującej współczesność z silnym nawiązaniem do czasów pogańskich. 

Tę lukę postanowiła wypełnić Barbara Piórkowska. "Kraboszki" to literacka podróż głównej bohaterki przez zmaganie się z ciężką chorobą. 

Powiem szczerze, że kiedy czytałem książka wywierała na mnie pozytywne wrażenie swoją treścią. Olbrzymim plusem jest bogactwo słownictwa i opis współczesności. Mało kiedy znajduję tak płynny obraz życia w XXI w., od kosmetyków po opis szpitalnych zakamarków.

Styl i narracja dają ciekawy efekt. Fabuła skupia się na trudzie przechodzenia przez śmiertelną chorobę niemniej Piórkowska świetnie ociepla całą sytuację ni to ironizując rzeczywistość, ni to znajdując drogę wyjścia i odskocznię od bólu, który przez cały czas towarzyszy głównej bohaterce. Stosuje świetny język. To sprawia, że droga bólu, którą przechodzi narratorka nie jest zasmucająca historią, obniżającą nasze nastroje lecz czymś wciągającym w filozoficzny trans.

Wplatanie słowiańskich wątków również wpływa korzystnie na jakość "Kraboszek". Nawiązania do świata demonów, bogów miejscami przypomina mi cykl filmów krótkometrażowych wydanych przez Allegro. Demony mają swoją osobowość, żyją wśród nas, my je dostrzegamy, choć czujemy, że nie zawsze możemy na nie wpłynąć. 

Nie udało mi się jednak odkryć głównego przekazu, jaki płynie z lektury. Być może jest to sukces ze zwycięstwa nad nowotworem? Stawiałbym jednak na coś zupełnie innego biorąc pod uwagę, że opisy kapliczek, masek czy demonów muszą mieć swoje wytłumaczenie. Ale tego nie zamierzam rozgryzać publicznie. Zostawiam to wszystkim czytelnikom jednocześnie gorąco rekomendując pracę Piórkowskiej. Pod pewnym względem jest to rzeźnia umysłu dla ciekawskich niemniej żyjąc w XXI w. powinniśmy chociaż starać się poznać sens zarówno przeszłości jak i teraźniejszości.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Kaarina Aitamurto "Paganism, Traditionalism, Nationalism. Narratives of Russian Rodnoverie"


Nie możemy przejść obojętnie wobec tematu neopogaństwa, a już na pewno nie powrotu do religii naszych przodków. Kaarina Aitamurto przenosi nas myślami do Rosji. "Pogaństwo, tradycjonalizm, nacjonalizm. Narracje rosyjskiego rodzimowierstwa" to wyczerpujący opis zjawiska rodzimej wiary słowiańskich braci ze Wschodu. 


Rosja to bardzo specyficzny kraj; historia odciskała w nim swoje piętno na mentalność obywateli przez rozmaite epoki. Ostatnią najbardziej znaczącą był Związek Radziecki. Także i na religijność wpłynęło to decydująco. Jak wiemy, po upadku ustroju wysyp nowych ruchów religijnych był tam ogromny, a ludzie poszerzali horyzonty na wszelkie sposoby przy problemach gospodarczych stojących u podstaw kraju przechodzącego gargantuiczną transformację. 


Aitamurto opisuje wszystkie możliwe strony słowiańskiego neopogaństwa w Rosji zwracając uwagę na jego różnorodność. Od liberalnych szamanów po radykalnych wołchwów. Od ekowiosek, przez mitycznych wrogów Żydów, po wizje modelu rodziny. Na dobrą sprawę, wszystkie aspekty zostały tutaj szczegółowo przedstawione. Pogaństwo epoki ZSRR, wpływy romantyzmu, zine'y (samizdaty), święta, rytuały, temat kultu krwi i rasy, ocalenie kultury etc. Osobiście starałem się zwrócić uwagę na tematy, które mnie najbardziej ostatnimi czasy interesują, czyli ruchy niebezpieczne i tutaj się nie zawiodłem - znalazłem kilka intrygujących ciekawostek. Oczywiście nie mam tutaj na myśli patriarchy Aleksieja II, który jasno łączy poganizm z terroryzmem; w tym przypadku taka klasyfikacja raczej nikogo spoza Kościoła prawosławnego dziwić nie może. 


Po przeczytaniu książki doszedłem do wniosku, że rodzimowierstwo rosyjskie bardzo pod wieloma względami przypomina polskie. Może z tą różnicą, że jeszcze nie poznaliśmy nuklearnych rodzin wielodzietnych mieszkających w zamkniętych osadach i żyjących jak przodkowie. Póki co nawet system prawny na to nie pozwala. Podoba mi się silna rola tradycji podkreślana w życiu naszych braci w wierze. Podobnie nie wiedziałem, że tematy ekologiczne są tak mocno akcentowane w religii tamtejszych neopogan. Może i to ma sens, ale u nas "zielony nacjonalizm" dopiero zaczyna kiełkować. I w Rosji również nie brakuje pseudonauki. W końcu stamtąd wziął się ynglizm, a jego klonem jest nasz turboslawizm. Miło czasem poczytać wypociny tych ludzi, choć idee poza sfałszowaną historią mają całkiem ludzkie. 

Co by nie zdradzać dużo zawartości rzeknę stanowczo, że książkę koniecznie trzeba przeczytać. Uważam, że żaden prawdziwy sympatyk tematu neopogaństwa, rodzimowierstwa słowiańskiego nie powinien przejść obok niej obojętnie. Praca zawiera dużo ciekawostek, ważnych informacji, sprostowań na temat informacji krążących po internecie. Jest to swoistego rodzaju kompendium gdzie temat został omówiony od każdej możliwej strony. 

Gorąco polecam! 

niedziela, 12 stycznia 2020

Tomasz J. Kosiński "Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy"


Tylko spokojnie! Już dobrze! Tłumaczę dlaczego! 

W sieci często spotykam specyficzne informacje dotyczące religii dawnych Słowian oparte o apokryficzne źródła. Często-gęsto zastanawiam się skąd ich autorzy czerpię wiedzę na ich temat? Dla przykładu posłużę się znalezionym na Facebooku memem:


No i niby skąd ten "Godun"? Odpowiedź nie wydaje się taka prosta. Goduna znajdujemy w twórczości Bronisława Trentowskiego, a pochodzi on z pracy Jana Łasickiego. Omawia go m.in. Tadeusz Linkner w książce "Słowiańskie bogi i demony. Z rękopisu Bronisława Trentowskiego". 

W zaistniałej sytuacji dochodzę do wniosku, że trzeba poznać niektóre, nawet najmniej sensowne opracowania dotyczące religii naszych przodków. Czasem natrafimy na jakichś pseudointelektualistów, którzy będą chcieli nas oświecić swoją unikatową wiedzą ... Stara zasada "ucz się języka swoich wrogów" powinna nam się w tym miejscu przydać. 

Tomasz J. Kosiński

Preludium oryginalnych hipotez Pana Tomasza Kosińskiego miałem okazję poznać w jego wiekopomnym dziele pt. „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu”. No cóż, nie przekonał mnie swoimi wywodami. I chyba nikogo kto humanistyczne studia ukończył. Od historyjek o reptilianinie na pokładzie Nibiru, przez Celtów na obszarze Inflantów, języku polskim jako najstarszym języku Europy, po istnienie Imperium Lechitów ... Niestety hipotezy bardzo kontrowersyjne, wręcz oscylujące w przestrzeni mentalnego dereizmu.


"Frankenstein"

Tomasz Kosiński udowodnił nam, że jest historykiem-amatorem. Teraz próbuje wykazać, że i da się być religioznawcą bez studiów. Dobrze, że nie spróbował swojego szczęścia w amatorskiej dentystyce.

Czym jest pseudonauka w jego wydaniu?

Zebraniem wszystkiego co możliwe do kupy i wyciągnięciem własnych wniosków na przetartych przez siebie szlakach myślowych. Autor wykorzystuje źródła historyczne, opracowania naukowe, literaturę piękną oraz apokryfy. W sumie pomija tylko filmy i seriale. Tworzy w tym wszystkim własną wizję, nie bacząc czy podłoża są fałszerstwami, odnosi się do nich jako autentyków. Następnie takiego Frankensteina wypuszcza w świat, serwując swoje wymysły jako coś unikatowego. Czyli gromadzi wiedzę jak profesor, rozumuje niczym pięciolatek w przedszkolu. Ale i w podstawowej wiedzy wykazuje braki. Inaczej się chyba tego scharakteryzować nie da ...

"Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy" 

Sam tytuł pracy mnie zastanawia. Jak mam go rozumieć? A = A + B + C?

Napiszę szczerze, że nie zastanawiałem się nad każdym zdaniem przeczytanym w omawianej w tym poście lekturze. Gdybym chciał ją szczegółowo skrytykować musiałbym napisać całą książkę. Pozwolę sobie jednak omówić kilka najbardziej rzucających się w oko perełek polskiej pseudonauki w wydaniu Pana Tomka: 

1. Dereizm logiczny

Autor z jednej strony pisze otwarcie, że np. dzieła Bronisława Trentowskiego czy Czesława Białczyńskiego to twory literackie, niemniej nie przeszkadza mu to w odnoszeniu się do nich tak samo jak do prac naukowych, z których skorzystał. Do tego dokłada Idole z Prillwitz, "Księgę Welesa" i inne takie. Nie zabrakło mniej znanych artykułów osób publikujących pod jego redakcją. Autor wyciąga kwintesencję z całokształtu kultury słowiańskiej. No w sumie się da, tylko efekt nie najlepszy.
Słowianie wschodni wołali np. na boga piorunów Perun, Bałtowie - Perkun, Litwini - Perkunas, Połabianie - Perkunust, Lachowie - Pierun. (s. 18)
A czy Litwini to nie Bałtowie? Tego Perkunusta nie będę analizował.

Na stronie 20 czytamy, że Lado to lustrzana wersja imienia Dola. Raczej brzmiałoby "Odal" zgodnie z logiką.
Mit ten znany jest też u Litwinów, co może potwierdzać jego archaiczność i pochodzenie z czasów wspólnoty bałkańsko-słowiańskiej lub też jest późniejszym zapożyczeniem. (s. 247-248)
Nie wymaga komentarza.

Na jednej stronie autor pisze, że nie wiadomo, dlaczego dusze zmarłych dzieci szkodziły żywym. To proste Panie Tomku, demony, które szkodziły nie przekroczyły pewnej fazy liminalnej za życia - dzieci, które nie poznały tego świata, panny, które zmarły młodo nie zaznając miłości, samobójcy, którzy nie zakończyli życia w naturalny sposób. W dalszej części książki jakby Pan odpowiada sobie na to pytanie sam przykładem wodnych demonów ...

2. Lingwistyka idiotystyka

Pan Tomek dostrzega nazwy bogów słowiańskich w nazwach miast i miejscowości, takich jak m.in. Marzysz, Czarnocin, Belno, Bieliny, Sarbice, Lechówek czy Zbrza.

Dowiedziałem się, że przymiotnik "święty" pochodzi od słońca. Wyraz "bel" dawniej znaczył północ. Panie Tomku słyszał Pan może takie słowo "siewier" i choćby termin "gwiazda północna" po rosyjsku "siewiernaja zvezda"?
Jego drzewem był dąb, a przysmakiem na jego cześć są oczywiście pierogi (od pier - pierun i og - ogień) i pierniki (nik - niknąć). s. 137
Zgłodniałem na samą myśl. Etymologia imienia Jehowa również zamienia człowieka w słup soli:
Przy okazji warto zauważyć, że biblijny Jahwe to jah + we, czyli może to być bóg wiedzy (wszechwiedzący), a Jehowa, czyi je + howa, to ten, co się chowa, tj. "niewidzialny bóg", jakiego znamy ze Starego Testamentu (ukrywał się pod postacią np. gorejącego krzewu). (s. 161)
 Albo omówienie nazwy naszej stolicy:
Czasem takie nazwy są przekleństwem, jak nasza Warszawa, która w angielskim zapisie przybiera formę Warsaw, co można przetłumaczyć "widziała wojnę" (od war - wojna, saw - widzieć w czasie przeszłym). (s. 323)
Panie Tomku! Wyraz "saw" może też oznaczać piłę. Wtedy nazwa tego miasta będzie jeszcze straszniejsza. Jest też miasto Warsaw w Stanach Zjednoczonych. Oni to dopiero muszą mieć tam ostro!

Bursztyn to dla Kosińskiego słowo słowiańskie. No z tego co wiem, tak nie jest, a dawnym słowem był jantar.
Także wilia (wigilia), czyli świąteczna uczta, ma ten sam rdzeń jak "wila - wiła", co może oznaczać, że "wilić" znaczyło gromadzić się, a "wilia" była synonim "sabatu", czyli zebrania (sobirania). (s. 383-384)
No raczej nie było tak słodko ...

Idąc tokiem rozumowania Pana Tomka można udowodnić, że nazwisko Kosiński nie wywodzi się od Kosy ale od nazwiska Kossinna. A sam autor to potomek Gustava Kossinny, którego nazwisko zostało spolszczone. Ma to sens? Cóż, w pseudonauce wszystko można udowodnić, a w turbolechicystycznej subkategorii bez wątpienia.

3. Bogowie nowej ery

Prawdziwymi bogami słowiańskimi są dla Kosińskiego m.in. Rad,  Bel, Cern, Rok, Hambóg, Usład, Lutybóg, Cisłobóg, Ipabog, Bystrzec. Oczywiście genezę większości z nich da się ustalić na bazie dzieł literackich, niemniej Pan Tomek wierzy w ich sens. Co ciekawsze, do słowiańskiego panteonu zawitał egipski Re czy perski Mitra.

4. Aberracja religioznawcza

Wzruszył mnie fakt wykorzystania przez Kosińskiego prac znanych mi autorów. Mam jednak spore wątpliwości do co poniektórych faktów, jak choćby to czy przytacza rzeczywiście to co oni napisali?
W chrześcijaństwie Peruna uosabia św. Ilja (Eliasz), a Welesa św. Błażej (Włas), choć Szyjewski uważa, że bardziej pasuje do niego św. Mikołaj (Nikola), któremu przypisywano panowanie nad zaświatami. (s. 245)
Sęk w tym, że to nie pogląd Szyjewskiego tylko Borisa Uspienskiego, który w swojej książce "Kult św. Mikołaja na Rusi" skutecznie powyższą tezę udowadnia. Kosiński np. nie wymienia tej książki w bibliografii, choć w innym miejscu wspomina o Uspienskim.
Wariant solarny przyjmował natomiast Kazimierz Banek, który uważał, że Chors mógł być kolejnym synonimem boga Słońca - Jasza, Słańcewita, Belboga, Peruna, znanego także pod imieniem Swaroga. (s. 262)
I w powyższym cytacie przypis nr 158 do książki "Historia religii. Religie niechrześcijańskie" (Kraków 2007). Nie miałem książki w ręce, ale wątpię żeby to wszystko było tam tak napisane z Belbogiem i Słańcewitem na czele. Mieszanie czyichś wypowiedzi z własnymi koncepcjami wyrażone w taki sposób, jakby co innego było w oryginale napisane.
Lwarazika na podstawie jednego z zapisów imienia Swarożyca przez Thietmara wymienia nie tylko Szafarzyk, ale również Trentowski, który generalnie miał tendencję do multiplikacji bóstw, tworząc z każdego miana danego boga kilka odrębnych postaci. (s. 110-11)
To pojęcie "multiplikacja" mnie fascynuje. W języku religioznawców istnieje taki termin jak "hipostaza" (czyli właśnie tworzenia odrębnych bóstw z jednego), czego przeciwieństwem jest "kontaminacja" (czyli robienie jednego bóstwa z kilku innych). Wyraźnie pomija Pan te pojęcia w tekście i to nie raz.
Nie można jednak wykluczyć też możliwości, że przyjął on imię znanego boga Radegasta, jak uczynił chociażby Odyn (imię sarmackiego boga Wodana), który też był deizowany. (s. 456)
Pani Tomku, poprawnie piszę się "deifikowany". To jest proces "deifikacji", a nie "deizacji" (łac. "deificatio", "deus" czyli "bóg", oraz "facere" znaczące "czynić"). Myślałem, że to drobny błąd, ale wpisałem sobie to słowo w wyszukiwarce. Za chwilę pokazał mi się pański blog z postem gdzie pada to samo słowo ... Tworzy Pan nowe religioznawstwo? Odradzam!

5. Inne cuda
Za złamanie przysięgi Perun domagał się śmierci od własnej broni, a Weles groził "wyzłoceniem" (rodzaj przemiany w kamień). (s. 244)
To raczej chodziło o rodzaj choroby ...

Nowością jest także to, że Boris Rybakow był Ukraińcem (s. 49).
Na Ukrainie znamy natomiast dobrze Czernobyl, który jest właśnie zrostem nazw dwóch siła Czerna i Bela. W latach 80. zeszłego stulecia jednak zapanowała tam siła czerna, gdyż awarii uległa tamtejsza elektrownia atomowa. (s. 236)
Kiedyś czytałem, że podczas którejś z wojen światowych bomba spadła tam na sierociniec i zabiła niewinne dzieci. Potem o placówce zapomniano, czego następstwem miała być ta awaria. Każdy widzi co chce.
Pies nie cieszył u Słowian specjalną czcią, a porównanie człowieka do psa było największą obrazą. (s. 265)
Słyszał Pan może o Stawrze i Gawrze, psach księcia Boja, które po śmierci otrzymywały cześć boską?

6. Projekcja osobowościowa

Cytaty mówią same za siebie:
Zdaniem Trentowskiego to on miał wysłać myszy do Popiela, by go zjadły, co świadczy niestety o wybitnych skłonnościach tego autora do nadinterpretacji i tworzenia nowej mitologii na bazie jedynie własnej wyobraźni. (s. 278)
To po co Pan nawiązuje do jego prac?

Podobnie zaskoczyło mnie, jak Kosiński "dokopał" Witoldowi Vargasowi i Pawłowi Zychowi:
Sporą popularnością na rynku cieszą się u nas dwie części gustownie wydanego Bestiariusza słowiańskiego, gdzie można znaleźć ilustracje i opisy wielu postaci demonicznych, choć jest to w dużym stopniu pozycja bardziej z kategorii fantastyki aniżeli słowiańskiej mitologii. (s. 418)
 Czegoś ewidentnie Pan u siebie nie widzi. A już ten narcyzm:
Jak widać, wystarczy mieć trochę ogłady intelektualnej i wiedzy historycznej, a szanowne środowisko naukowe zrobi z ciebie fałszerza. (s. 48) 
7. Rodzimowiercy! Pełna mobilizacja!

Ten cytat to już zwala z kolan samych bogów:
Moje doświadczenia z rodzimowierstwem pozwoliły mi dostrzec pewne podobieństwa do ruchu Wiccan, gdzie wiele grup to bardziej współczesny satanizm amerykański, w dużym stopniu oderwany od tradycji rodzimej wiary przodków. Więcej jest w tym mody, zabawy i snobizmu niż prawdziwej wiedzy i wiary. Co więcej, często brakuje w tych działaniach rekonstrukcyjnych swoistego sacrum, no bo jak można ocenić organizację imprezy rodzimowierczej Grupy Mazowieckiej, w której swego czasu brałem udział, w osiedlowym pubie z piwem i pizzą pod obrazem "Sąd Piłata", ze śpiewami wotywnymi nad ogniem rozpalonym w metalowej miednicy?
Na innej imprezie rodzimowierczej spotkałem natomiast wyznawców Peruna ubranych na czarno z szatańskimi motywami na koszulkach lub symbolami rodem z III Rzeszy. Wydaje mi się, że nie tędy droga do odbudowania tożsamości narodowej. (s. 509)
Dobrze, że autor napisał "Grupa Mazowiecka" nie podając pełnej nazwy tejże cerkwi. Tym sposobem oszczędził wstydu wielu osobom, które tak z otwartymi rękami (boga) witają wszystkich gości na swoich obrzędach. Przy tym krytykują te gromady działające mniej otwarcie, które decydują się na jakąś uprzednią formę weryfikacji potencjalnego "neofity" ...

Pod sam koniec Pan Tomek chwali się:
Obecnie przebywam na Filipinach, gdzie zbudowałem ekowioskę pod taką nazwą, a obserwowanie lokalnych plemion, dla których jakby czas się tutaj zatrzymał, pozwala mi lepiej zrozumieć, na czym polega życie w zgodzie z przyrodą. (s. 512-513)
Panie Tomku! Na pewno odbuduje Pan słowiańską tożsamość siedząc na Filipinach wśród tubylców. Oprócz ludzi ubranych na czarno na naszych obrzędach spotka Pan osoby w białych szatach. Nawet zaprojektowałem Panu i pańskim kolegom, którzy też publikują w wydawnictwie Bellona prace na podobne tematy "giezło" ciut innego koloru.


 Drobiazg! Nie ma za co dziękować.

Tak sobie czytam informacje o autorze na okładce ... "Uczeń prof. Andrzeja Wiercińskiego". To ten wspomniany uczony tak Pana wykształcił, że głosi Pan m.in. tezy o Lechickim Imperium obejmującym połowę Europy? Czytałem jedną książkę z jego artykułami i miałem o Wiercińskim lepsze zdanie. Jak to pozory mylą. Coś musi być na rzeczy skoro Pan się chełpi jego naukami ... Niezłe wycieranie sobie twarzy nazwiskiem osoby, której się do pięt nie dorasta. 

Zasada 4D

Co by tu dużo nie mówić, książkę scharakteryzować można czterema wyrazami. Zaczynają się one na literę "d": debilizm, degrengolada, dereizm, degeneracja. Jest to gulasz dennych pseudonaukowych teorii.

sobota, 19 października 2019

Neil Gaiman "Amerykańscy bogowie"


Myślami przenosimy się za Atlantyk. Oczywiście do Stanów Zjednoczonych, bo niby gdzie mogą zdarzyć się największe cuda z możliwych? "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana to historia Cienia, który po wyjściu z ciupy przeżywa specyficzne przygody. Rzekłbym bardzo amerykańskie. Jak to bywa w tego typu twórczości, mamy wątek kryminalny na średnim poziomie, podróż po małych miasteczkach, bogów z różnych kultur w ludzkiej postaci ... Spotykamy m.in. Lokiego, Kali, Czarnoboga itd.

Pomysłowość autora żywcem przerysowana z seriali typu "Xena - wojownicza księżniczka". Powiedziałbym bardzo hollywoodzki sposób kreowania literackiej fikcji; zbieramy różne wątki mityczne, partaczymy je jak się tylko da. I wychodzi z tego zmutowana wizja. Jak to już miałem okazję zobaczyć nie raz w telewizji jak nie świętego Mikołaja w zaprzęgu harleyowców to Szatana mającego swoją córkę na ziemi ... Wymieszamy wszystko i robimy z tego kultową opowieść.  

Tylko jednego brakuje - mistrzowskiej oprawy. Książka jest okropnie nudna, w fabule pojawiają się niewyjaśnione wątki. Opisy marne i raczej nasuwające skojarzenia z codziennością na każdym kroku, zwłaszcza nazwy artykułów i marek. Ledwo doczytałem do połowy by następnie męczyć się z lekturą do końca. Wprawdzie kartkuje się ją szybko, pisana jest prostym językiem, niemniej wiele to nie zmienia. Czasem aż za bardzo tłumaczka przekłada angielski styl pisania - nie brakuje nędznych powtórzeń wyrazów co dwie linijki. A już spolszczenia typu "wikkan" psują humor. 

Nie polecam!

poniedziałek, 6 maja 2019

Rafał Merski "Opowieści spod strzechy"


Kolejna praca Rafała Merskiego to przede wszystkim zbiór opowiadań bazujących na naszym znakomitym, słowiańskim folklorze. Książka podzielona jest na trzy części: pierwszą stanowią opowiadania ludowe wzbogacone o komentarze dokładnie opisujące polską demonologię. Rozdział drugi to fragmenty pochodzące z Bylin. Część trzecia to twórczość znanych i zasłużonych dla rodzimowierstwa słowiańskiego postaci z okresu romantyzmu; Ryszarda Berwińskiego, Narcyzy Żmichowskiej i Romana Zmorskiego. 

Na początku dobry wstęp ilustrujący wiele i wskazujący na zasługi postaci, o których świat Słowiańszczyzny trochę zapomina. Potem Merski przechodzi do meritum sprawy przedstawia krótkie opowiadania powiązane z różnymi postaciami demonicznymi. Następnie dokładnie opisuje każdą postać z osobna. Miejscami autor przekracza ramy tematyczne pracy - jest trochę naleciałości z mitologii Bałtów, które przedostały się do pomorskiego folkloru. Nie brakuje również ciekawych nawiązań do słowiańskich elementów w kulturze innych bratnich narodów m.in. Bułgarów. Uwielbiam te historie o polskich czarownicach z Łysej Góry, czym by bez nich był ten świat? 

Uważam, że demonologia jest właściwie przedstawiona, dobór tekstów także uważam za trafny. Dodatkowym atutem "Opowieści spod strzechy" są ilustracje autorstwa Judyty Widlińskiej. 

Stwierdzam, że koniecznie należy się zapoznać z tą pracą. Merski opisuje wiele mało znanych ciekawostek.

Polecam!

poniedziałek, 15 października 2018

Jakub Bobrowski, Mateusz Wrona "Mitologia słowiańska"


"Mitologia słowiańska" Jakuba Bobrowskiego i Mateusza Wrony to kolejna obok "Księgi Tura" Czesława Białczyńskiego czy "Drzewa. Mitów słowiańskich i innych opowieści" Łukasza Wierzbickiego literacka wizja słowiańskich mitów. 

Oczywiście na samym wstępie należy zaznaczyć, że chociaż autorzy twierdzą, że podstawą napisania tej pracy była wiedza na temat dawnej mitologii odtwarzanej przez badaczy to w rzeczywistości dalekie jest to od prawdy. Przykładowo Swarożyc i Dadźbóg to tutaj dwie, inne postacie. Opisane dalej historie zawierają słownictwo importowane (np. chram). Przedstawione w następnych rozdziałach legendy również sprawiają wrażenie widzianych współcześnie, a nie oddających realia starych, pogańskich czasów.

Wniosek nasuwa się sam - jest to kolejna próba zaskarbienia serca rodzimowierców słowiańskich i napisania czegoś pod publikę.

Miłośnikom słowiańskich klimatów polecam, acz zaznaczam, że nie jest to punkt wyjścia do czegokolwiek. Literackie Rodnover Fiction.

wtorek, 16 maja 2017

Małgorzata Saramonowicz "Xięgi Nefasa. Trygław władca losu"


Na chwilę powróćmy do literatury z dziedziny Rodnover Fiction, bo w sumie jak inaczej to nazwać? W najlepszym razie powieść historyczna przeplatana bajkowymi motywami. "Xięgi Nefasa. Trygław władca losu" przenoszą nas myślami w czasy króla Bolesława Krzywoustego, klasyczny spór o koronę oraz polityczne intrygi. Co jest charakterystyczne dla niniejszego gatunku autorka również uwzględniła: magiczny, potężny świat pogańskich bogów i kapłanów, chrześcijaństwo jak zwykle licytujące się z własną hipokryzją i obłudą. Tym sposobem Małgorzata Saromonowicz dorównała innym współczesnym pisarzom, takim jak Witold Jabłoński czy Marcin Marchwiński. 

Na dobrą sprawę wszystkie prace wymienionych autorów mogłyby splatać się w jeden cykl gdyby ktoś zechciał je zekranizować; bo w końcu każdy z nich pisze o innej epoce lub innej jej wizji. Motywy pogańskie według własnych wyobrażeń, silny antychrześcijański akcent również są u literatów widoczne. Oczywiście nigdy nie może być tak, żeby Polacy czcili swoich bogów; tutaj mam wrażenie, że pojawia się raz w tekście wzmianka o Nyji, a naczelnym bogiem całej historii jest Trygław. Czy nie jest to jedna i ta sama postać? Podobnie jak zastanawia mnie imię postaci Marii. Czy wówczas nadawano takie imię? Czy je tak samo zapisywano? 

Z wszystkich prac trójki autorów, które miałem okazję przeczytać "Xięgi Nefasa" oceniam zdecydowanie najlepiej. Historia w wydaniu Saramonowicz przedstawia typową walkę o władzę, przedstawiciele duchowieństwa nie występują jako maniacy swojej wiary, a właśnie jako ludzie z cechami typowymi dla owej epoki; nie są "święci" jakby to ich Kościół rzymsko-katolicki określił, a wiedzą na czym świat się opiera. Nie ma wybujałych wizji "walki za wiarę" czy bajdurzenia o historii z punktu widzenia niektórych współczesnych koncepcji.

Polecam!

środa, 9 marca 2016

Marcin Marchwiński "Wierni bogom. Zaginione dziedzictwo"


Co by było gdyby chrześcijaństwo nie zostało przyjęte przez Piastów? Jak teraz wyglądałaby Polska? Jacy byliby Polacy?

Na te pytania stara się odpowiedzieć Marcin Marchwiński w swojej debiutanckiej książce pt. "Wierni bogom. Zaginione dziedzictwo".

Fantastyka rodzimowiercza to nowy gatunek prozy tworzony z myślą o nastoletnich neopoganiątkach by zamiast trzymania rąk pod kołdrą i wizualizowania sobie obchodów Sobótki (czyt. Nocy Kupały) mieli pretekst do ćwiczenia wzroku na literach. Może to i dobrze? Choć myśli o tego typu sprawach trudno odgonić od umysłu. Oczywiście mam na uwadze palenie ognisk podczas świętowania najkrótszej nocy w roku ...

Akcja "Wiernych bogom" toczy się w różnych okresach czasu; miejscami jesteśmy w epoce dawnych Piastów, a miejscami przenosimy się do alternatywnej rzeczywistości jaka istniałaby dziś gdyby ani Mieszko I, ani jego następcy nie przyjęli chrztu.

Chociaż jest to na dobrą sprawę bajka; występują w niej bogowie, demony, książka nie oddaje nawet w połowie tego co moim zdaniem oddawać powinna.

Marchwiński pisze w identycznym stylu co Witold Jabłoński; stworzona przez niego fantastyczna rzeczywistość pełna jest anatopicznego słownictwa; znowu Polacy czczą "Welesa" (zamiast Nyji), "Peruna" (zamiast Jasza Pieruna), chodzą do wschodnich "chramów", świętują "Noc Kupały" (zamiast "Sobótki"). Nie brakuje anachronizmów jak klasyczne zawołanie "Sława!" co wprowadzili panslawiści, a co nie znane było plemionom lechickim. Więc skąd nagle we "Wspólnocie Bałtyckiej" tyle wschodnich lub apokryficznych wręcz naleciałości?

Mało tego autor daje czadu z innymi ciekawymi przedstawieniami alternatywnej rzeczywistości. Pojawia się np. wzmianka o Toruniu, mieście w którym się urodziłem. I wszystko byłoby fajnie, tylko, że nazwę "Toruń" wprowadzili podobno Krzyżacy ... Skoro wszyscy noszą takie ładne, słowiańskie imiona zastanawiam się dlaczego występuje tam np. czart Marcin? Zastanawiam się też, czy polscy badacze używaliby sformułowań w stylu "nota bene", skoro w tej opowieści nie weszliśmy do kręgu kultury łacińskiej? A to, że czeski książę marzył o objęciu władzy nad "północnosłowiańskim ludem"? Trudno wtedy było mówić o jednym ludzie, to byłyby raczej poszczególne plemiona, które w tym okresie mowę nawet zbliżoną miały do języka, którym posługiwano się w państwie Czechów. Opis bogów na stronie 236, jaki przedstawia jedna z bogiń jest dla mnie zbyt New Age'owy:
Nie szukamy fałszywego uwielbienia. Nie wykorzystujemy swoich mocy przeciwko wam. Nie unosimy się gniewem z błahych pobudek. Szybko zapominamy o waszych winach. Nie cieszymy się z waszej krzywdy. Nie pragniemy waszego cierpienia. Jesteśmy cierpliwi i łaskawi. Zniesiemy wiele waszych zachcianek i niegodnych czynów. Wierzymy w waszą chęć czynienia dobra. [...]
Bla, bla, bla ... A krwawe ofiary? A to, że w kulturze było tyle zabobonów, które mogło sprowadzić nieszczęście? A pojęcie "dobra" jak było rozumiane dawniej? Bogowie gniewni nie byli? Swoją drogą ciekawie ma się do tego fragment na stronie 289, gdzie (wschodni) "wołchw" (zamiast lechickiego "trzebiata") prosi boginię, żeby "wybaczyła winy". Owo "wybaczanie win" bardziej mi trąca chrześcijańską wizją świata niż pogańską, ale tutaj mogę się mylić.

Sam motyw główny tej książki też nie jest oryginalnym pomysłem. Pamiętam, że wiele lat temu kolega w knajpie streścił mi jakąś inną, podobną pozycję, gdzie akcja toczy się w Skandynawii, która jako ostatnia broni się przed chrystianizacją. Nie wiem, co to było za dzieło, wiem, że była tam m.in. baza wojskowa o nazwie Dimmu Borgir co bardzo mnie zaintrygowało. Tutaj mamy ten jeden z wielu ukochanych przez neopogan motywów - marzenie o niezniszczonych dawniej wierzeniach niepokonanych przodków. Zastanawiam się tylko, jacy byliby dziś neopoganie, gdyby losy historii potoczyły się inaczej? Podejrzewam, że mentalnością najbliżej byłoby nam do Hindusów. Ale kim byliby dziś "neopoganie z buntu", którzy przechodzą na pogaństwo z nienawiści do chrześcijaństwa? Tego nie jestem sobie w stanie wyobrazić.

Warto jednak zwrócić uwagę, że dziś Watykan nie toczy ostrej wojny religijnej z całym światem. Dławi się samobójczą polityką. Nie wiem więc, czy wizja Marchwińskiego, w której Watykan ma swoich szpiegów i próbuje zniszczyć ostatni pogański bastion ma jakikolwiek sens? To raczej romantyzm w stylu Jabłońskiego; wielka walka idei o coś, co w danej epoce odbierane było zupełnie inaczej niż to sobie współcześni wyobrażają. XX i XXI w. to czas wielkich zmian w świadomości ludzi. Europa się laicyzuje (no i islamizuje, ale to już inna kwestia). Czy faktycznie dziś Polska byłaby tak religijnym krajem gdyby chrześcijaństwo nie nadeszło? Podejrzewam, że byłoby podobnie jak w Indiach. Pewnie dużo religii byłoby wśród proletariatu, totalny ateizm u średnich i wyższych grup społecznych, a intelektualny wymiar religia przybrałaby u lepiej wykształconych i zainteresowanych tematem.

Humor zawarty w książce jest średni, podejrzewam, że za dwadzieścia lat nikt z czytających nie będzie wiedział o co chodzi np. z Magdaleną Wtorek. Opisów też jest moim zdaniem mało, język autora również mnie specjalnie nie zachwyca; czasem czytam tego typu książki, żeby poprawić sobie zasób słownictwa. Tutaj jednak mało ich jest.

Taka alternatywna wizja rzeczywistości jakby przerysowana z amerykańskich seriali - wiadomo, kiedy pomysł na scenariusz kończy się po którymś z rzędu odcinku, bohater cofany jest w czasie i zmienia się wszystko wokół niego, albo przynajmniej on walczy o to, żeby rzeczywistość nie uległa owej zmianie. Seria filmów "Powrót do przyszłości", "Terminator" albo gra "Mortal Kombat 9" również przedstawiają ten motyw. Tutaj gdyby jakiemuś reżyserowi podsunąć tę pracę i dzieło W. Jabłońskiego, to nawet nie trudno by było stworzyć zwarty scenariusz do jakiegoś serialu o obrońcach pogaństwa, którzy po sześćdziesiątym odcinku cofają się w czasie i przenoszą do alternatywnego XXI w.

Ale wiadomo, fantastyka pisana dla młodych ludzi musi rządzić się swoim prawem. Mnie osobiście ta książka nie zachwyciła, ale w dobie życia internetowego zbrodnią byłoby nakłonienie młodych ludzi do unikania literatury. Czytajcie podciapki i bawcie się dobrze! Sława!

czwartek, 6 czerwca 2013

Witold Jabłoński „Słowo i miecz”

…Jeden waleczny król wymazany został, z rzędu panujących…
Tabula regnum Poloniae (XIV w.)
Pamięć o Tobie nie zginie królu Bolesławie II!   
Czasy króla Bolesława Okrutnego chyba na zawsze pozostaną zagadką dla polskiej historii. Czy faktycznie istniał? Co było powodem wybuchu rebelii pogańskiej w tym okresie? Dla historiografów prawosławnych:
... król Bolesław, rządzący w latach (1034-1038), był królem „obrządku słowiańskiego”. Wywodzący się z Bizancjum obrządek (różniący się kwestiami dogmatycznymi od łacińskiego obrządku rzymsko-katolickiego) miał dotrzeć na ziemie południowej Polski pod koniec IX w. Zapomniany monarcha, zdaniem historyków i teologów prawosławnych, toczył walkę z zwolennikami obrządku łacińskiego. (Marcin Spórna, Piotr Wierzbicki Słownik władców Polski i pretendentów do tronu polskiego, Zielona Sowa, Kraków 2003, s.93)
Dla innych rebelia pogańska miała wybuchnąć, gdyż wprowadzono dziesięcinę, co ludowi się nie podobało, bo do tej pory nikt im nie zabierał dobrobytu na rzecz niepotrzebnej religijnej organizacji (zabawne, że też w dniu dzisiejszym taka rebelia nie wybuchnie).

Z kolei w sieci spotykamy informację, którą wszyscy uwielbiają:
Walczący o władzę Bezprym i Bolesław opowiedzieli się po stronie pogańskiego żywiołu na jego czele wypowiedzieli wojnę Kościołowi, sojusznikowi ich politycznych konkurentów. To był zapewne ów straszliwy występek, jakiego dopuścił się Zapomniany. Najprawdopodobniej ustami arcybiskupa gnieźnieńskiego Bossuty wypowiedziana została uroczysta klątwa, która spadła nie tylko na samego władcę, ale także na całą Polskę. Bolesław II prawdopodobnie został skrytobójczo pozbawiony życia i wykreślony z pamięci, a Polska powrót na łono Kościoła okupiła szeregiem ciężkich obowiązków, za cenę których pozwolono księciu Kazimierzowi Odnowicielowi opuścić klasztorne mury i przybyć do Polski.
(http://www.polityka.pl/historia/231607,1,zniknal-wmrokach-sredniowiecza.read, aktualizowana 06.06.2013)
Nie do końca wiadomo co się wtedy działo, sam król Bolesław został pośmiertnie skazany na damnatio memoriae.

Ale to tylko mroki historii. Co z niej wyciągnięto za wnioski?

Literatura i kultura współczesna.
Największy wróg zaściankowego nacjonalizmu, którym jest szerokorozumiany "postęp" niesie nam wiele cennych informacji na temat zamierzchłej przeszłości. Takim przykładem może być telewizyjny serial „Xena – wojownicza księżniczka” czy książka Witolda Jabłońskiego pt. „Słowo i miecz”. W obu przypadkach poznajemy ciekawe fakty dotyczące historii, religii, mentalności ludzi czy kultury minionych epok… Nie wiem, śmiać się czy płakać? Poradźcie mi coś!?

Podejrzewam, że większość czytelników „Agōgē Rædera XL” wie (zapewne), o czym traktuje serial produkcji amerykańsko-nowozelandzkiej, dlatego może powiem coś o świeżo przeczytanej lekturze pana Jabłońskiego. 

Pełna jest ona komicznych wątków:

Anatopizmy.
Czyli niewłaściwe umieszczenia pewnych rzeczy w danym miejscu. Tak jak np. Bolesław Prus w „Faraonie” umieścił motyw z wybuchającym prochem, który za pewne nie był znany starożytnym Egipcjanom, tak Witold Jabłoński nie zawahał się przenieść religii Rusi Kijowskiej na obszar Polski.
Uroczo, że Polacy zamiast czcić Jasza Pioruna, Marzannę, Pogwizda, Niję czczą w wyobraźni autora Peruna (a jest to neologizm, imię to poprawnie należałoby wymawiać "Pjerun"), Mokosz, Strzyboga (zamiast na Rusi, to na Pomorzu) i Welesa. Dobrochoczego też można tutaj spotkać, podobnie jak posążek Jarowita… Zdaje się, że nawet historyczny Kriwe występuje jako Jaćwing, a żył na terenie Prus.

Jakby spojrzeć na to z innej strony –  anachronizmy.
No tak, obecnie wielu polskich rodzimowierców słowiańskich (tak jak bohaterowie "Słowa i miecza") świętuje Noc Kupały (dawni Polacy celebrowali to święto pod zupełnie inną nazwą), Jare Gody (zdaje się były to Jaszowe Gody lub coś podobnego), krzyczą „Sława!” jak czynili to panslawiści w XIX w. Świątynie nazywane są wschodnimi „chramami” a nie „kącinami” jak to u nas bywało. Zastanawia mnie też to, że jeden z bohaterów nosi ciżmy. Czy były one już znane w tej epoce?

Imiona.
Tutaj nie chcę się zarzekać, gdyż ekspertem od imion nie jestem, ale zastanawia mnie jedna kwestia: czy poganie (tak Słowianie jak i Bałtowie) nadawali wówczas dzieciom imiona bogów? W książce występuje np. Andaj, Żywia (wcześniej ta sama bohaterka nosi imię Dziewanna). Wiem, że imiona takie jak „Perun” pojawiły się w późniejszych epokach i były faktycznie nadawane potomstwu, ale o ile się nie mylę było to dopiero w okolicach romantyzmu. Słyszałem, że nasza kultura bardzo tabuizowała imiona bogów, wypowiadanie nadaremno pewnych z nich uważano za ciężkie przewinienie (takie przynajmniej ploty wpadły mi w ucho na temat "Gromowładnego").

Ciekawe są też nazwy własne np. zamiast legendarnej Winety jest Wineda, zamiast wyspy Bujan pojawia się Bugaj.

Motywy bajkowe.
Czytając książkę spodziewałem się, że będzie to powieść historyczna. Tymczasem akcja nie różni się wiele od tej ze wspomnianego wcześniej serialu. Idą po lasach, spotykają morę, w chramie ukazuje im się trzygłowy Weles, napada ich stado upiorów, spotykają skrzaty, Chorsa etc. Jest to zdecydowanie coś bliżej Xeny.

Fantazja autora na temat religii.
To już mnie zbiło z nóg. Wyobrażenia bogów, przerobienie mitu kosmogonicznego, w którym Czernobóg zastępuje tradycyjnie występującego w tej roli Welesa, a on sam krąży obok. Pojawia się też Białobóg, którego istnienie jest bardzo podważane. Na potrzeby słowiańskie przełożony został skandynawski mit o Mjollnirze. Mokosz troista (Żywia-Mokosz), Chors to Książę Upiorów, Patron Skrytobójców, Weles to Strażnik Snów, Strzybóg jest Opiekunem Żeglarzy … i wiele innych pierdół. W świątyni Świętowita znajdują się szerokie okna okryte okiennicami. Ciekawe, czy to, że z relacji historyków wiemy, że kapłan nie mógł w świątyni oddychać, kiedy ją zamiatał wplątuje się w to wyobrażenie autora? Ponadto opis posągu też jest ciekawy, przypomina bardziej interpretację Światowida ze Zbrucza, jak podawał nielubiany i zdezaktualizowany pan Brückner w „Mitologii polskiej” popierając pogląd pana Szafrańskiego:
Świętowit arkoński miał cztery głowy i szyje, po dwie z przodu i z tyłu, bez czapki; ów posąg zbrucki ma cztery głowy o jednej szyi i pod jedną czapką; wykonanie jego w wapniku bardzo jest prymitywne. Jakiekolwiek jest pochodzenie tego bałwana [...], z Świętowitem, bożkiem rugijskiego słowiaństwa (bałwany tych stron odznaczają się mnogością kształtów, głów i rak), nic a nic nie ma do czynienia. (Aleksander Brückner Mitologia polska [w:] Mitologia słowiańska i polska, Warszawa 1980, s. 325)
Chyba w tej samej świątyni stał posąg trzygłowego, rogatego Welesa (historio, co Ty na to?). Ciekawi mnie jeden z guślarzy w czarnym odzieniu. Z tego co wiem kapłani preferowali biel (tak słowiańscy trzebiaci/ wołchwowie/ żercy jak i celtyccy druidzi czy hinduscy bramini).

Nie wiem czy Słowianie (a nawet Bałtowie) ofiarowali bogom swoje włosy? Z tego co pamiętam nawet powieściopisarz Kraszewski pisał, że po postrzyżynach były one starannie zakopywane. Wiem, że we współczesnym komiksie z epoki PRLu kapłan je wrzuca do ognia, ale czy faktycznie tak robiono?

Inny ciekawy motyw dotyczy kapłana bitewnego, który nie brał udziału w obrzędach czarnomagicznych … A już Ci dawni kapłani to musieli się znać. 

Zaskakuje mnie też wątek biskupa Arona piszącego "Bogurodzicę". Zastanawiam się tylko czy chodzi o tę znaną wszystkim "Bogurodzicę"? Pierwotnie, jak podają źródła, Bogurodzica zwana była pierwotnie nie Maryją, tylko Marzą. Czyżby ten biskup pisał coś nieświadomie? 

Historia. 
Jak zaznaczył pod koniec autor, książka ta nie ma wiele wspólnego z autentyczną historią. Brawo! Gdyby to napisał na początku, oszczędziłby mi tego spostrzeżenia. Tylko dlaczego na samym końcu o tym wspomina? Bał się, że nikt nie będzie chciał przeczytać?

Jabłoński zdaje się chciał dzieje naszego kraju napisać na nowo, ciekawie przedstawiając ówczesnych władców, ich charaktery i wybory. Mentalność tych ludzi też nie bardzo przypomina mi tę epokę. Wydaje mi się, że jest stanowczo wyidealizowana i pokazana jako wielka walka inicjatyw. Reakcja pogańska, która wybuchła w XI w. jest w końcu różnie różnie odczytywana przez badaczy.

Zastanawia mnie wzmianka o tym, że książę Mieszko I  podbijał obce, wolne ludy. Z tego co wiem, jak pisał Paweł Jasienica:
… dla Mieszka I przyjęcie chrztu równało się zakończeniu, ukoronowaniu procesu tworzenia monarchii, który to proces rozpoczął się dawno, w epoce plemiennej. (Paweł Jasienica Słowiański rodowód, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1978, s.110)
Nie wiem też, czy Słowianie składali w ofierze pierworodne dzieci? Wiem, że u Celtów czy w Kaananie tak było.

A tak poza tym …
Brakuje mi wiedzy przyrodniczej. Nie wiem jak długo można oczyścić ptasi łeb z mięsa w mrowisku? Tam bohater robi to bardzo szybko, choć co może zadziałać na korzyść autora, nie jest podane w jaki sposób …

Nie dziwi mnie jednak to, że książka głośno lansowana była na Facebooku. Najwyraźniej napisana została na potrzeby współczesnego rodzimowierstwa (pewnych, konkretnych grup chwalących cudze, nie znających swojego) i kilku napalonych maniaków pogaństwa, którzy nie otrząsnęli się jeszcze z konfliktów rodzinnych, co projektują sobie na sferę religijną jako bunt przeciwko Kościołowi i chrześcijaństwu. Pamiętajcie jednak poganie, że obecni księża i zakonnice to tak na prawdę potomkowie pogan z tamtej epoki. Księża nie rozmnażają się przez podział komórek, ani przez pączkowanie. Nie wspomnę już o rozmnażaniu płciowym, bo to (przynajmniej oficjalnie) nie występuje w tym Kościele wśród duchowieństwa od wielu lat.

Mało autentycznych faktów, więcej własnej estetycznej, romantycznej wizji (stąd kult Peruna i Welesa w Polsce). Źli chrześcijanie, porządni poganie … Losy bohaterów też jakby przerysowane z różnych seriali (bynajmniej nie z „Gry o tron”).

Nie polecam.