sobota, 19 października 2019

Neil Gaiman "Amerykańscy bogowie"


Myślami przenosimy się za Atlantyk. Oczywiście do Stanów Zjednoczonych, bo niby gdzie mogą zdarzyć się największe cuda z możliwych? "Amerykańscy bogowie" Neila Gaimana to historia Cienia, który po wyjściu z ciupy przeżywa specyficzne przygody. Rzekłbym bardzo amerykańskie. Jak to bywa w tego typu twórczości, mamy wątek kryminalny na średnim poziomie, podróż po małych miasteczkach, bogów z różnych kultur w ludzkiej postaci ... Spotykamy m.in. Lokiego, Kali, Czarnoboga itd.

Pomysłowość autora żywcem przerysowana z seriali typu "Xena - wojownicza księżniczka". Powiedziałbym bardzo hollywoodzki sposób kreowania literackiej fikcji; zbieramy różne wątki mityczne, partaczymy je jak się tylko da. I wychodzi z tego zmutowana wizja. Jak to już miałem okazję zobaczyć nie raz w telewizji jak nie świętego Mikołaja w zaprzęgu harleyowców to Szatana mającego swoją córkę na ziemi ... Wymieszamy wszystko i robimy z tego kultową opowieść.  

Tylko jednego brakuje - mistrzowskiej oprawy. Książka jest okropnie nudna, w fabule pojawiają się niewyjaśnione wątki. Opisy marne i raczej nasuwające skojarzenia z codziennością na każdym kroku, zwłaszcza nazwy artykułów i marek. Ledwo doczytałem do połowy by następnie męczyć się z lekturą do końca. Wprawdzie kartkuje się ją szybko, pisana jest prostym językiem, niemniej wiele to nie zmienia. Czasem aż za bardzo tłumaczka przekłada angielski styl pisania - nie brakuje nędznych powtórzeń wyrazów co dwie linijki. A już spolszczenia typu "wikkan" psują humor. 

Nie polecam!