Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bellona. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 września 2025

Bernardo Stamateas "Toksyczna duchowość. Jak uwolnić się od destrukcyjnych przekonań religijnych"


Bernardo Stamateas "Toksyczna duchowość. Jak uwolnić się od destrukcyjnych przekonań religijnych" (Bellona, Warszawa 2025) to poradnik dla osób, które wpadły w sidła złych religii. Autor robi coś co lubię - uczy ludzi zdrowej duchowości (jeśli możemy jakąkolwiek za taką uznać), tłumaczy błędne nauczanie systemów religijnych, kaznodziejów i wyznawców. Na dobrą sprawę książka jest solidnym poradnikiem psychologicznym i odpowiada na wiele pytań także z poza sfery duchowości. Większość porad zalecanych przez Stamateasa ma sens, choć zdarzają się też sugestie, z którymi absolutnie bym się nie zgodził.  

Zaintrygowała mnie ta kwestia, o której już kiedyś słyszałem, że nowotwory biorą m.in. z braku umiejętności wybaczenia komuś i trzymania urazów w psychice, co z czasem rzutuje także na zdrowie. Hmmm ... Czyżbym był skazany na raka przez swoją nienawiść względem pewnych osób?

Pewne rady dobre, pewne złe, a z pewnymi nie wiadomo co robić. Ale ogólnie praca jest na dobrym poziomie. Warto ją przeczytać bez względu na prywatny światopogląd. Może oczyścić umysł z wielu negatywności. 

Polecam! 

niedziela, 17 sierpnia 2025

Michael Kerrigan "Dzieje tortur. Od starożytności do dziś"

 

Michael Kerrigan "Dzieje tortur. Od starożytności do dziś" to krótki przegląd metod rozprawiania się z ludźmi, którzy nie zawsze byli grzeczni. Wlewanie gorącego oleju do ust, telefono, strappado, bastinado, grusza udręki, krzesło  czarownic, żelazna dziewica etc. to najbardziej znane metody skłaniania do rozmów osób niezbyt szczerych. Myślę, że trochę książka się tematyczne rozchodzi, miejscami omawiane są tortury, a niekiedy np. kara śmierci. No i przyznam, że miałem lekki dylemat, żeby kupić tę pracę, bo wydała ją Bellona. Niemniej uznałem, że skoro ukazała się ona zagranicą, a w Polsce pojawiło się tylko jej tłumaczenie, to może nie będzie tak źle. I w sumie nie jest; opisywane metody perswazji raczej należą do znanych i popularnych. Książka nie wyczerpuje w pełni tematu, ale daje światło na najbardziej znane metody męczenia. 

Polecam! 

niedziela, 12 stycznia 2020

Tomasz J. Kosiński "Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy"


Tylko spokojnie! Już dobrze! Tłumaczę dlaczego! 

W sieci często spotykam specyficzne informacje dotyczące religii dawnych Słowian oparte o apokryficzne źródła. Często-gęsto zastanawiam się skąd ich autorzy czerpię wiedzę na ich temat? Dla przykładu posłużę się znalezionym na Facebooku memem:


No i niby skąd ten "Godun"? Odpowiedź nie wydaje się taka prosta. Goduna znajdujemy w twórczości Bronisława Trentowskiego, a pochodzi on z pracy Jana Łasickiego. Omawia go m.in. Tadeusz Linkner w książce "Słowiańskie bogi i demony. Z rękopisu Bronisława Trentowskiego". 

W zaistniałej sytuacji dochodzę do wniosku, że trzeba poznać niektóre, nawet najmniej sensowne opracowania dotyczące religii naszych przodków. Czasem natrafimy na jakichś pseudointelektualistów, którzy będą chcieli nas oświecić swoją unikatową wiedzą ... Stara zasada "ucz się języka swoich wrogów" powinna nam się w tym miejscu przydać. 

Tomasz J. Kosiński

Preludium oryginalnych hipotez Pana Tomasza Kosińskiego miałem okazję poznać w jego wiekopomnym dziele pt. „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu”. No cóż, nie przekonał mnie swoimi wywodami. I chyba nikogo kto humanistyczne studia ukończył. Od historyjek o reptilianinie na pokładzie Nibiru, przez Celtów na obszarze Inflantów, języku polskim jako najstarszym języku Europy, po istnienie Imperium Lechitów ... Niestety hipotezy bardzo kontrowersyjne, wręcz oscylujące w przestrzeni mentalnego dereizmu.


"Frankenstein"

Tomasz Kosiński udowodnił nam, że jest historykiem-amatorem. Teraz próbuje wykazać, że i da się być religioznawcą bez studiów. Dobrze, że nie spróbował swojego szczęścia w amatorskiej dentystyce.

Czym jest pseudonauka w jego wydaniu?

Zebraniem wszystkiego co możliwe do kupy i wyciągnięciem własnych wniosków na przetartych przez siebie szlakach myślowych. Autor wykorzystuje źródła historyczne, opracowania naukowe, literaturę piękną oraz apokryfy. W sumie pomija tylko filmy i seriale. Tworzy w tym wszystkim własną wizję, nie bacząc czy podłoża są fałszerstwami, odnosi się do nich jako autentyków. Następnie takiego Frankensteina wypuszcza w świat, serwując swoje wymysły jako coś unikatowego. Czyli gromadzi wiedzę jak profesor, rozumuje niczym pięciolatek w przedszkolu. Ale i w podstawowej wiedzy wykazuje braki. Inaczej się chyba tego scharakteryzować nie da ...

"Bogowie Słowian. Bóstwa, biesy i junacy" 

Sam tytuł pracy mnie zastanawia. Jak mam go rozumieć? A = A + B + C?

Napiszę szczerze, że nie zastanawiałem się nad każdym zdaniem przeczytanym w omawianej w tym poście lekturze. Gdybym chciał ją szczegółowo skrytykować musiałbym napisać całą książkę. Pozwolę sobie jednak omówić kilka najbardziej rzucających się w oko perełek polskiej pseudonauki w wydaniu Pana Tomka: 

1. Dereizm logiczny

Autor z jednej strony pisze otwarcie, że np. dzieła Bronisława Trentowskiego czy Czesława Białczyńskiego to twory literackie, niemniej nie przeszkadza mu to w odnoszeniu się do nich tak samo jak do prac naukowych, z których skorzystał. Do tego dokłada Idole z Prillwitz, "Księgę Welesa" i inne takie. Nie zabrakło mniej znanych artykułów osób publikujących pod jego redakcją. Autor wyciąga kwintesencję z całokształtu kultury słowiańskiej. No w sumie się da, tylko efekt nie najlepszy.
Słowianie wschodni wołali np. na boga piorunów Perun, Bałtowie - Perkun, Litwini - Perkunas, Połabianie - Perkunust, Lachowie - Pierun. (s. 18)
A czy Litwini to nie Bałtowie? Tego Perkunusta nie będę analizował.

Na stronie 20 czytamy, że Lado to lustrzana wersja imienia Dola. Raczej brzmiałoby "Odal" zgodnie z logiką.
Mit ten znany jest też u Litwinów, co może potwierdzać jego archaiczność i pochodzenie z czasów wspólnoty bałkańsko-słowiańskiej lub też jest późniejszym zapożyczeniem. (s. 247-248)
Nie wymaga komentarza.

Na jednej stronie autor pisze, że nie wiadomo, dlaczego dusze zmarłych dzieci szkodziły żywym. To proste Panie Tomku, demony, które szkodziły nie przekroczyły pewnej fazy liminalnej za życia - dzieci, które nie poznały tego świata, panny, które zmarły młodo nie zaznając miłości, samobójcy, którzy nie zakończyli życia w naturalny sposób. W dalszej części książki jakby Pan odpowiada sobie na to pytanie sam przykładem wodnych demonów ...

2. Lingwistyka idiotystyka

Pan Tomek dostrzega nazwy bogów słowiańskich w nazwach miast i miejscowości, takich jak m.in. Marzysz, Czarnocin, Belno, Bieliny, Sarbice, Lechówek czy Zbrza.

Dowiedziałem się, że przymiotnik "święty" pochodzi od słońca. Wyraz "bel" dawniej znaczył północ. Panie Tomku słyszał Pan może takie słowo "siewier" i choćby termin "gwiazda północna" po rosyjsku "siewiernaja zvezda"?
Jego drzewem był dąb, a przysmakiem na jego cześć są oczywiście pierogi (od pier - pierun i og - ogień) i pierniki (nik - niknąć). s. 137
Zgłodniałem na samą myśl. Etymologia imienia Jehowa również zamienia człowieka w słup soli:
Przy okazji warto zauważyć, że biblijny Jahwe to jah + we, czyli może to być bóg wiedzy (wszechwiedzący), a Jehowa, czyi je + howa, to ten, co się chowa, tj. "niewidzialny bóg", jakiego znamy ze Starego Testamentu (ukrywał się pod postacią np. gorejącego krzewu). (s. 161)
 Albo omówienie nazwy naszej stolicy:
Czasem takie nazwy są przekleństwem, jak nasza Warszawa, która w angielskim zapisie przybiera formę Warsaw, co można przetłumaczyć "widziała wojnę" (od war - wojna, saw - widzieć w czasie przeszłym). (s. 323)
Panie Tomku! Wyraz "saw" może też oznaczać piłę. Wtedy nazwa tego miasta będzie jeszcze straszniejsza. Jest też miasto Warsaw w Stanach Zjednoczonych. Oni to dopiero muszą mieć tam ostro!

Bursztyn to dla Kosińskiego słowo słowiańskie. No z tego co wiem, tak nie jest, a dawnym słowem był jantar.
Także wilia (wigilia), czyli świąteczna uczta, ma ten sam rdzeń jak "wila - wiła", co może oznaczać, że "wilić" znaczyło gromadzić się, a "wilia" była synonim "sabatu", czyli zebrania (sobirania). (s. 383-384)
No raczej nie było tak słodko ...

Idąc tokiem rozumowania Pana Tomka można udowodnić, że nazwisko Kosiński nie wywodzi się od Kosy ale od nazwiska Kossinna. A sam autor to potomek Gustava Kossinny, którego nazwisko zostało spolszczone. Ma to sens? Cóż, w pseudonauce wszystko można udowodnić, a w turbolechicystycznej subkategorii bez wątpienia.

3. Bogowie nowej ery

Prawdziwymi bogami słowiańskimi są dla Kosińskiego m.in. Rad,  Bel, Cern, Rok, Hambóg, Usład, Lutybóg, Cisłobóg, Ipabog, Bystrzec. Oczywiście genezę większości z nich da się ustalić na bazie dzieł literackich, niemniej Pan Tomek wierzy w ich sens. Co ciekawsze, do słowiańskiego panteonu zawitał egipski Re czy perski Mitra.

4. Aberracja religioznawcza

Wzruszył mnie fakt wykorzystania przez Kosińskiego prac znanych mi autorów. Mam jednak spore wątpliwości do co poniektórych faktów, jak choćby to czy przytacza rzeczywiście to co oni napisali?
W chrześcijaństwie Peruna uosabia św. Ilja (Eliasz), a Welesa św. Błażej (Włas), choć Szyjewski uważa, że bardziej pasuje do niego św. Mikołaj (Nikola), któremu przypisywano panowanie nad zaświatami. (s. 245)
Sęk w tym, że to nie pogląd Szyjewskiego tylko Borisa Uspienskiego, który w swojej książce "Kult św. Mikołaja na Rusi" skutecznie powyższą tezę udowadnia. Kosiński np. nie wymienia tej książki w bibliografii, choć w innym miejscu wspomina o Uspienskim.
Wariant solarny przyjmował natomiast Kazimierz Banek, który uważał, że Chors mógł być kolejnym synonimem boga Słońca - Jasza, Słańcewita, Belboga, Peruna, znanego także pod imieniem Swaroga. (s. 262)
I w powyższym cytacie przypis nr 158 do książki "Historia religii. Religie niechrześcijańskie" (Kraków 2007). Nie miałem książki w ręce, ale wątpię żeby to wszystko było tam tak napisane z Belbogiem i Słańcewitem na czele. Mieszanie czyichś wypowiedzi z własnymi koncepcjami wyrażone w taki sposób, jakby co innego było w oryginale napisane.
Lwarazika na podstawie jednego z zapisów imienia Swarożyca przez Thietmara wymienia nie tylko Szafarzyk, ale również Trentowski, który generalnie miał tendencję do multiplikacji bóstw, tworząc z każdego miana danego boga kilka odrębnych postaci. (s. 110-11)
To pojęcie "multiplikacja" mnie fascynuje. W języku religioznawców istnieje taki termin jak "hipostaza" (czyli właśnie tworzenia odrębnych bóstw z jednego), czego przeciwieństwem jest "kontaminacja" (czyli robienie jednego bóstwa z kilku innych). Wyraźnie pomija Pan te pojęcia w tekście i to nie raz.
Nie można jednak wykluczyć też możliwości, że przyjął on imię znanego boga Radegasta, jak uczynił chociażby Odyn (imię sarmackiego boga Wodana), który też był deizowany. (s. 456)
Pani Tomku, poprawnie piszę się "deifikowany". To jest proces "deifikacji", a nie "deizacji" (łac. "deificatio", "deus" czyli "bóg", oraz "facere" znaczące "czynić"). Myślałem, że to drobny błąd, ale wpisałem sobie to słowo w wyszukiwarce. Za chwilę pokazał mi się pański blog z postem gdzie pada to samo słowo ... Tworzy Pan nowe religioznawstwo? Odradzam!

5. Inne cuda
Za złamanie przysięgi Perun domagał się śmierci od własnej broni, a Weles groził "wyzłoceniem" (rodzaj przemiany w kamień). (s. 244)
To raczej chodziło o rodzaj choroby ...

Nowością jest także to, że Boris Rybakow był Ukraińcem (s. 49).
Na Ukrainie znamy natomiast dobrze Czernobyl, który jest właśnie zrostem nazw dwóch siła Czerna i Bela. W latach 80. zeszłego stulecia jednak zapanowała tam siła czerna, gdyż awarii uległa tamtejsza elektrownia atomowa. (s. 236)
Kiedyś czytałem, że podczas którejś z wojen światowych bomba spadła tam na sierociniec i zabiła niewinne dzieci. Potem o placówce zapomniano, czego następstwem miała być ta awaria. Każdy widzi co chce.
Pies nie cieszył u Słowian specjalną czcią, a porównanie człowieka do psa było największą obrazą. (s. 265)
Słyszał Pan może o Stawrze i Gawrze, psach księcia Boja, które po śmierci otrzymywały cześć boską?

6. Projekcja osobowościowa

Cytaty mówią same za siebie:
Zdaniem Trentowskiego to on miał wysłać myszy do Popiela, by go zjadły, co świadczy niestety o wybitnych skłonnościach tego autora do nadinterpretacji i tworzenia nowej mitologii na bazie jedynie własnej wyobraźni. (s. 278)
To po co Pan nawiązuje do jego prac?

Podobnie zaskoczyło mnie, jak Kosiński "dokopał" Witoldowi Vargasowi i Pawłowi Zychowi:
Sporą popularnością na rynku cieszą się u nas dwie części gustownie wydanego Bestiariusza słowiańskiego, gdzie można znaleźć ilustracje i opisy wielu postaci demonicznych, choć jest to w dużym stopniu pozycja bardziej z kategorii fantastyki aniżeli słowiańskiej mitologii. (s. 418)
 Czegoś ewidentnie Pan u siebie nie widzi. A już ten narcyzm:
Jak widać, wystarczy mieć trochę ogłady intelektualnej i wiedzy historycznej, a szanowne środowisko naukowe zrobi z ciebie fałszerza. (s. 48) 
7. Rodzimowiercy! Pełna mobilizacja!

Ten cytat to już zwala z kolan samych bogów:
Moje doświadczenia z rodzimowierstwem pozwoliły mi dostrzec pewne podobieństwa do ruchu Wiccan, gdzie wiele grup to bardziej współczesny satanizm amerykański, w dużym stopniu oderwany od tradycji rodzimej wiary przodków. Więcej jest w tym mody, zabawy i snobizmu niż prawdziwej wiedzy i wiary. Co więcej, często brakuje w tych działaniach rekonstrukcyjnych swoistego sacrum, no bo jak można ocenić organizację imprezy rodzimowierczej Grupy Mazowieckiej, w której swego czasu brałem udział, w osiedlowym pubie z piwem i pizzą pod obrazem "Sąd Piłata", ze śpiewami wotywnymi nad ogniem rozpalonym w metalowej miednicy?
Na innej imprezie rodzimowierczej spotkałem natomiast wyznawców Peruna ubranych na czarno z szatańskimi motywami na koszulkach lub symbolami rodem z III Rzeszy. Wydaje mi się, że nie tędy droga do odbudowania tożsamości narodowej. (s. 509)
Dobrze, że autor napisał "Grupa Mazowiecka" nie podając pełnej nazwy tejże cerkwi. Tym sposobem oszczędził wstydu wielu osobom, które tak z otwartymi rękami (boga) witają wszystkich gości na swoich obrzędach. Przy tym krytykują te gromady działające mniej otwarcie, które decydują się na jakąś uprzednią formę weryfikacji potencjalnego "neofity" ...

Pod sam koniec Pan Tomek chwali się:
Obecnie przebywam na Filipinach, gdzie zbudowałem ekowioskę pod taką nazwą, a obserwowanie lokalnych plemion, dla których jakby czas się tutaj zatrzymał, pozwala mi lepiej zrozumieć, na czym polega życie w zgodzie z przyrodą. (s. 512-513)
Panie Tomku! Na pewno odbuduje Pan słowiańską tożsamość siedząc na Filipinach wśród tubylców. Oprócz ludzi ubranych na czarno na naszych obrzędach spotka Pan osoby w białych szatach. Nawet zaprojektowałem Panu i pańskim kolegom, którzy też publikują w wydawnictwie Bellona prace na podobne tematy "giezło" ciut innego koloru.


 Drobiazg! Nie ma za co dziękować.

Tak sobie czytam informacje o autorze na okładce ... "Uczeń prof. Andrzeja Wiercińskiego". To ten wspomniany uczony tak Pana wykształcił, że głosi Pan m.in. tezy o Lechickim Imperium obejmującym połowę Europy? Czytałem jedną książkę z jego artykułami i miałem o Wiercińskim lepsze zdanie. Jak to pozory mylą. Coś musi być na rzeczy skoro Pan się chełpi jego naukami ... Niezłe wycieranie sobie twarzy nazwiskiem osoby, której się do pięt nie dorasta. 

Zasada 4D

Co by tu dużo nie mówić, książkę scharakteryzować można czterema wyrazami. Zaczynają się one na literę "d": debilizm, degrengolada, dereizm, degeneracja. Jest to gulasz dennych pseudonaukowych teorii.

środa, 4 grudnia 2019

Artur Wójcik "Fantazmat Wielkiej Lechii. Jak pseudonauka zawładnęła umysłami Polaków"


O Wielką Lechię sfinks nie pytał. Ale nawet gdyby poruszył to zagadnienie, to zmalałaby szansa na brak odpowiedzi. Wiemy już coraz więcej. Pierwszą osobą, która w sposób zwięzły ośmieszyła te brednie był Roman Żuchowicz i jego praca "Wielka Lechia. Źródła i przyczyny popularności teorii pseudonaukowej okiem historyka". Nie tak dawno temu po Internecie krążył film demaskujący postać Janusza Bieszka i jego agenturalną przeszłość. Podobnie z owego nagrania mogliśmy natrafić na trop, dlaczego to akurat militarne wydawnictwo Bellona publikuje wielkolechickie brednie, a inni jak m.in. pierwszy preppers RP Adolf Kudliński dodatkowo głoszą bzdury na ten sam temat na swoim kanale na YouTube. Trudno nie zgodzić się ze Stanisławem Michałkiewiczem, że cała ta "Wielka Lechia to ubeckie rzygowiny".

Kolejny krok w demistyfikacji historii przez pseudo-naukowców podjął Artur Wójcik, autor popularnego bloga Sigillum Authenticum. Jako historyk z wykształcenia bez problemu obala on wyimaginowane teorie Janusza Bieszka, Tomasza Kosińskiego czy Pawła Szydłowskiego. Wszystko okraszone zostaje dużą ilością bibliografii, do której najwyraźniej gremium proroków historycznego imperium nigdy nie zaglądało. Autor omawia wszystkie najczęściej poruszane kwestie - teorie spiskowe, źródła wiedzy, postacie wyznawców, rolę Internetowych memów. Na piedestale stoją jednak źródła historyczne i ich rzetelna krytyka. 

Przyznam, że choć wielu nowych ciekawostek historycznych nie poznałem, Wójcik doskonale położył nacisk na podstawowe rzeczy, które dla czcicieli Wielkiej Lechii są fundamentem wiary. Zwłaszcza czasy pierwszych Piastów i sprawy początków państwowości naszego kraju. 

Historykiem nie jestem, więc zarzutów merytorycznych do tego aspektu książki mieć nie mogę. Co jednak przykuło moją uwagę? Wójcik zwraca uwagę, że turbosłowianie i rodzimowiercy słowiańscy są często stawiani na jednej linii, a jednak reprezentują zupełnie inne środowiska. To na ogół prawda. Wyznawcy dawnych bogów często wręcz kpią z Wielkiej Lechii i stanowczo się od niej odcinają*. Zdarzają się jednak wyjątki. Spotkałem pewne osoby, które deklarują się jako rodzimowiercy, a jednocześnie wierzą w teorie lansowane przez wspomniane wyżej gremium z wydawnictwa Bellona. Nie zawsze zatem te zjawiska w Polsce idą oddzielnie. Niestety. Zwróćmy uwagę, że do spraw duchowości wtargnęli m.in. Czesław Białczyński i Tomasz Kosiński tworząc alternatywne wizje wierzeń dawnych Słowian. I też podobnie jak historyków-amatorów, lechiści-dereiści robią z siebie religioznawców-amatorów ... Ponadto autor pisząc o Polsce pomija Rosję, gdzie istnieje tzw. ynglizm; religia łącząca rodzimowierstwo słowiańskie, germańskie z podobnymi do wielkolechickich teoriami o paleoastronautycznym pochodzeniu Słowian-Ariów, wrogach "reptilianach" i innymi, znajomymi debilizmami. Tak więc w Rosji to zjawisko idzie głęboko w parze, w Polsce jest znacznie bardziej odseparowane choć zdarzają się punkty wspólne. Może to właśnie w ynglizmie należy doszukiwać się wpływów rosyjskich i sympatii pro-rosyjskich? Diabli wiedzą.  

Czytając "Fantazmat Wielkiej Lechii" spodobała mi się wzmianka o tym, że w średniowieczu za fałszowanie dokumentów groziły dotkliwe kary: spalenie, ugotowanie w gorącej wodzie czy odcięcie dłoni. Czasem dochodzę do wniosku, że osoby, które świadomie głoszą bzdury, żeby na tym zarobić, zyskać w charyzmatyczny sposób grono naiwnych wyznawców, działać dla obcego wpływu powinny być traktowane tak samo.

Pamiętam, że będąc dzieckiem oglądałem "Kacze opowieści". Był taki epizod, w którym to Sknerus MacKwak musiał stoczyć pojedynek z Plotkodziobem, prezenterem stacji "pirackiego programu", w którym z pełną premedytacją dziennikarz rozpowiadał bzdury o publicznych postaciach.  Morał z bajki był dla dzieci jasny - nie wolno oglądać stacji, które emitują brednie. Cóż rzec - chyba morału z wieczorynek nie pamiętają dorośli czytając książki z "piracką zawartością".

Muszę przyznać, że pracę Wójcika przeczytałem "na jednym wdechu". Pozycja bardzo interesująca, przystępna i przemawiająca w sposób treściwy dla przeciętnego laika. No chyba, że czyta ją turbosłowianin ... Wtedy raczej odbiór nie będzie najlepszy. Tylko czym się tutaj przejmować?

Gorąco polecam ją wszystkim! 

* Nie jest tajemnicą, że rodzimowiercy często kpią z wielkolechickich teorii, lecz czasem myślą turbosłowiańskimi kryteriami. Mam tu na myśli jeden konkretny przykład, ale póki nie znajdę dla niego szeregu dowodów nie będę zdradzał o co biega.

niedziela, 21 stycznia 2018

Prokosz "Kronika słowiańsko-sarmacka"


Dużą ilością wejść na moim blogu cieszą się posty dotyczące klasyki dzieł literatury turbolechicystycznej. Z czego ten fenomen może wynikać? 

Czytając książkę Tomasz Formickiego nietrudno zauważyć, że wojna dezinformacja jest potężną bronią, za pomocą której można wywołać totalny chaos, którym najłatwiej w XXI w. odnieść zwycięstwo nad podzielonym wrogiem. Czego nam trzeba więcej? Problem z jakim nie borykali się ludzie z czasów PRL, a z którym spotykamy się teraz jest m.in. taki, że dawniej gdyby ktoś zaczął publicznie głosić istnienie Imperium Lechitów obejmującego pół Europy w przeszłości to by go zamknięto w wariatkowie. Dziś takie osoby mają swoje prawa, kanały na YouTube, zakładają partie polityczne, prowadzą blogi, strony etc. Kręci się o nich reportaże w telewizji, a naukowcy mają kolejne pole do popisu do badań nad zaistniałą patologią społeczną. A wystarczy trochę postudiować psychologię, ba! Wystarczy przeczytać książkę Carla Sagana by dowiedzieć, że to, że obserwatorzy widzą ludzką twarz na Marsie wcale nie znaczy, że to musi być ludzka twarz tylko układ powierzchni ją przypominający. Podobnie jak ze sławną Słonią Skałą:

Czy to słoń czy po prostu skała, która głowę słonia przypomina? 

Po co te aluzje i analogie? No w końcu kiedy bierzemy do ręki książkę autorstwa "Prokosza" (cudzysłów zamierzony!!!) to szybko możemy przekonać się, że jest to zwykła bzdura, a nie jakiś sensacyjny rękopis cudem ocalony i odnaleziony.

Tym sposobem doszedłem do wniosku, że  osoby, które szukają w przeglądarkach opinii na temat Imperium Lechitów, prac Bieszka czy Kosińskiego próbują po prostu dowiedzieć się czy to o czym przeczytali jest prawdą czy nie - zwyczajnie szukają więc wyjścia z labiryntu dezinformacyjnego, który sieje współczesny "wolnosłownościowy" świat. Czasem mam wrażenie, że pewne wydawnictwa i konkretne osoby próbują dojść do grubej kasy stosując metodę "Kodu Da Vinci"; dostrzegamy jakąś niejasność w danym temacie, dorabiamy do tego sto teorii, puszczamy w świat jako absolutny hit ... i zarabiamy fortunę na kontrowersyjnych dziełach.

My Polacy mamy olbrzymie kompleksy z powodu utraty przeszłości. Nie wiele wiemy o historii naszej ziemi przed przyjęciem chrześcijaństwa. Religię naszych przodków znamy tylko dzięki szczątkowym informacjom i to dzięki staraniom badaczy. Problem niedoskonałości dotyczy niemalże całej Słowiańszczyzny, zwłaszcza wschodniej gdzie odnajdywanie cudownych tekstów jest tematem powszechnie znanym: dawniej "Apokryfy Słowiańskie", współcześnie "Słowiańsko-Aryjskie Wedy", "Księga Welesa" to tylko nieliczne dzieła, które badacz Eric J. Hobsbawm mógłby spokojnie umieścić na równi z "Księgą Mormona" odnalezioną cudownie przez Josepha Smitha i innymi tradycjami wynalezionymi współcześnie (wiccanie, wystąp z szeregu!). 

Co wiemy o "Kronice Słowiańsko-Sarmackiej"? Jest to prawdopodobnie dzieło autorstwa fałszerza Przybysława Dyjamentowskiego z XVIII wieku lub Franciszka Morawskiego z XIX w. Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy, którzy podobnie jak wyznawcy Smitha czy Chiniewicza wierzą w jej autentyczność. 

Ponieważ jest to już zabytek literacki muszę przyznać, że wydanie go było świetnym pomysłem. Za to muszę pochwalić wydawnictwo Bellona. Niestety nie mogę jednak traktować tej pracy jako wiarygodnego dzieła na temat historii - jest to bujda na resorach co nie trudno stwierdzić czytając ją. Gdyby napisać rozsądny wstęp do tej książki ręką jakiegoś uczonego to wszystko byłoby ok. Tymczasem już na okładce i we wstępie pojawia się ... Janusz Bieszk. 

O ile dobrze pamiętam (może się mylę, bo natłok informacji robi swoje) brak zaufania do "Kroniki Prokosza" wyraził już sam Joachim Lelewel. Tutaj cytowane są jego fragmenty jakby wskazujące, że dzieło to nie może być w pełni fałszywe ... Robi się totalna dezorientacja informacyjna wskazująca na wyrywanie myśli z kontekstu. Mało tego, autor przedmowy o ile dobrze pamiętam krytykował Lelewela w swoich pracach. Tutaj jakby się nim wysługuje dla odmiany. Bieszk naturalnie broni autentyczności "Kroniki" na stronie V pisząc, że Dyjamentowski jako 17-latek nie mógłby czegoś takiego napisać? 

DLACZEGO? 

Co stoi na przeszkodzie, żeby chłopak 17-letni dysponując samymi legendami lub opracowaniami historycznymi nie sklecił takich bzdur? 

Słowiańska dusza pana Niemcewicza (s. XVI), możliwe, acz warto mieć na względzie, że nazwisko "Niemcewicz" wskazuje na niemieckie korzenie...

Już wiem, skąd wzięły się te bzdury o Ziemowicie jako "Panu Widzącym Ziemie". Podobnie jak specyficzne etymologie nazw miast. I znowu spotykamy Lecha, Czecha i Rusa jako trzech braci kiedy pierwotnie braci było dwóch w legendzie. I znowu Wanda popełnia samobójstwo bo nie chce Niemca choć w pierwotnej wersji legendy to Wódz Lemański czyni z miłości do niej ... Widać, że tekst jest oparty o późniejsze wersje legend, a nie ich pierwotne postacie bliższe czasom istnienia rzekomego "Prokosza". Zastanawiają mnie te wzmianki o kontynentach na stronie 33: "Ameryki ielenim rogom". To aby na pewno napisane przez Prokosza w wieku X? Już nie wiem co jest tu przypisem napisanym przez "Kommentatora" a co jest niby "oryginalnym tekstem"? 

Brakuje mi tylko wzmianek o Imperium Lechitów. Smutne, że nawet Turbo-Słowianie nie dostrzegają tego braku tutaj powołując się często na to dzieło.  

Klasyka gatunku warta uwagi jako historical fiction, ale na pewno nie wiary w autentyczność zawartej w niej treści.

środa, 20 września 2017

Tomasz Kosiński „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu”


Dawniej Polacy narzekali na cenzurę. Teraz mają powody by narzekać na jej brak. Żyjemy w czasach, w których każdy może wydać sobie książkę. Zarówno nauka jak i pseudonauka mają się dzięki temu doskonale. Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych zdań stał się (przynajmniej w Polsce) nurt popularnonaukowy tworzony przez tzw. Turbo-Słowian. 

Są to najkrócej pisząc, ludzie wierzący w paleoastronautyczne teorie pochodzenia naszej rasy z innych planet, przez historię wielkiego Imperium Ariów, które rozpadło się w wyniku atomowej wojny z Atlantami (o ile dobrze pamiętam) i spowodowało przebiegunowanie ziemi, po istnienie wielkiego Imperium Lechitów obejmującego pół Europy. Turbosłowianie krytycznie odnoszą się do oficjalnej nauki, która ich zdaniem została sfałszowana przez wrogie nam nacje politycznymi pobudkami. 

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że wyznawcy alternatywnej wersji historii, do jakich wspomniana grupa osób się zalicza kompletnie pomijają ogrom dorobku naukowego, który obala ich tezy albo doszukują się oni w nim przekłamań na siłę. W dyskusjach przejawiają syndrom „oblężonej twierdzy”. Pochodzenie nazw własnych państw, narodów czy miast starają się wywodzić od współczesnych słów nie bacząc na to, że ich znaczenie się zmienia przez stulecia. Zarzucają innym nacjom fałszowanie naszej historii czyniąc dokładnie to samo - usilnie próbując z obcych nacji czy plemion zrobić Wielkich Słowian np. z Gotów. 

Do najpoczytniejszych jak na dzień dzisiejszy postów na moim blogu zalicza się wpis na temat jednego z ojców współczesnego turbo-slawizmu Janusza Bieszka i jego „Słowiańskich królów Lechii”. Mam nadzieję, że większość osób czytając go wyczuła ironię w moich słowach. Jeśli nie, to bardzo mi przykro... 

Obok Piotra Makucha, Pawła Szydłowskiego, Czesława Białczyńskiego, Janusza Bieszka do Panteonu Zasłużonych dla Alternatywnej Wizji Historii dołączamy nową postać – Tomasza Kosińskiego. 

Niestety nie jestem historykiem, archeologiem ani językoznawcą. Pisząc niniejszy post nie mogę wnikliwiej ustosunkować się do omawianej pozycji.  

Spróbuję jednak swoich sił! 

Pisząc „Rodowód Słowian. Nowe spojrzenie na jeden z najbardziej fascynujących problemów w dziejach Starego Kontynentu” Tomasz Kosiński pokazuje, że zapoznał się szczegółowo z wieloma teoriami na temat historii naszych przodków. Odwołał się do wielu zagadnień, źródeł i punktów widzenia. Przyznam, że wieloma tezami już się spotkałem i wieloma mnie osobiście zagiął. Dzięki temu autor staje się wiarygodniejszy (nie znaczy wiarygodny w ogóle!) w swoich rozważaniach od np. Janusza Bieszka, na którego miejscami się powołuje. 

Praca ma jednak sporo wad:

1) Zbyt mała ilość przypisów do źródeł. Połowa przedstawionych koncepcji kompletnie nie wiadomo skąd pochodzi.  

2) Typowe turbosłowiańskie i paleoastronautyczne koncepcje wysnute z czegoś, tylko bez dokładnego podawania źródeł. 

Historie w rodzaju:
 „ …Na pokładzie Nibiru przybyli na Ziemię Niburianie, którzy stworzyli swoje ziemskie cywilizacje jakieś 45000 lat temu. To oni byli bogami Anunnaki w Mezopotamii oraz mieli kolonie w południowej Afryce i Ameryce (Andy), gdzie wydobywali złoto. W składzie załogi Nibiru byli też: Plejadanie, Centaurianie, Arianie, Karianie i humanoidalne Gady – Reptilianie […].” (s. 29)
Skąd w ogóle te informacje (bo chyba nie teorie skoro znamy pełny skład załogi statku kosmicznego) pochodzą? Pomijając fakt, że dawniej kontynenty musiały wyglądać inaczej przed tym sławnym przebiegunowaniem? 

Legendy o sabatach na Łysej Górze mają zdaniem Kosińskiego wywodzić się z historii o lądujących tam statkach kosmicznych.

Popiel miał uciec do Dalmacji, gdzie obdarzono go księstwem. Przypomina mi to historię królowej Aby z „Podróży Pana Kleksa”, która rzuciła się do morza, a kiedy odzyskała przytomność niesiona była w lektyce, a lud tego kraju obwołał ją swa królową … Czyżby Popiela tak ni z tego, ni z owego obdarowano królestwem?

Galowie zamieszkiwali Inflanty … Trochę daleko. 
  
3) Kosiński korzysta z pseudohistorycznych źródeł. 

Nie jestem w stanie zweryfikować wielu z nich. Przyznam się, że nie czytałem większości, ale rzuca się w oczy np. to, że wykorzystane tutaj zostały teorie Trehlebova czy „Kronika Prokosza”, która jak powszechnie wiadomo jest apokryfem. Korzystanie z dzieł Kadłubka również obce Kosińskiemu nie jest. Autor książki sprawia wrażenie jakby próbował dopasować wiele istniejących koncepcji na temat historii i pseudohistorii do jednego wspólnego mianownika z punktu widzenia czysto „lechitocentrycznego”; jakby z Polski chciał uczynić centrum całego świata i punkt wyjścia dla dziejów cywilizacji.

4) Typowe turbosłowiańskie wywody nazewnictwa miast, narodów czy imion praktycznie całkowicie przekreślają wartość merytoryczną całej pracy. 

Stosując Brzytwę Ockhama Kosiński głosi wiele specyficznych teorii etymologicznych. Np. Podlasie wywodzić się ma od „Podlechii”. Żeby było najśmieszniej – autor w całym świecie dostrzega polskie akcenty np. Kukulkan Majów to dla niego kukułka. Z innej strony biblijna Ewa to (dzi)ewa z prasłowiańskiego … Nazwa „Polanie” ma wywodzić się od bieguna polarnego. I pełno takich tez. Nazwa miasta Toruń wywodzić się ma od Peruna. No super, ale z tego co wiem najpierw był tam gród Postolsko (Postolsk, Postolin). Nazwę Toruń nadali najprawdopodobniej Krzyżacy. Nazwę Walii Kosiński wziął od imienia Welesa. Super ale wyraz „Welsh” w angielskim wywodził się pierwotnie od wyrazu oznaczającego „obcego”. Inny przykład:
„Z czasem jednak Prasłowianie zaczęli zbuntowaną krainę złodziei Złotego Runa (Świętej Księgi Słowian, spisanej złotymi runami) nazywać Helladą, od słowa hel – piekło […]. (s. 241)
Dlaczego niby Słowianie mieliby używać germańskiego słowa oznaczającego coś w co wiara rozprzestrzeniła się wiele wieków później ... ? I to "hel" czy "hell"? A może "Hel"?

Igor i Oleg to podobno imiona o słowiańskiej etymologii … 

Dziwi mnie to, że Kosiński uważa, że język polski jest najtrudniejszym językiem świata. Niby w jakim sensie? Wymowa, gramatyka? A już stwierdzenie, że jest najbliższy sanskrytowi … Podobno język kaszubski jest bardziej polski od polskiego bo zachował wiele tego, co już polski stracił. A teza, że język polski najbliższy jest praindoeuropejskiemu? Z tego co wiem to litewski ma najwięcej cech … 

5) W pewnych teoriach Kosiński goni własny ogon i mam wrażenie, że gdyby się uważnie przyjrzeć całości to znalazłyby się pewne rozbieżności w treści. 
„ … Analiza zmienności mitochondrialnego DNA człowieka współczesnego i porównanie jej z sekwencjami mtDNA neandertalczyków wskazuje, że współczesne populacje ludzkie nie zawierają genów neandertalczyka. To wskazuje, że neandertalczyk był osobnym, rozumnym gatunkiem ludzkim, lecz nie stanowił etapu rozstrzygającego (mtDNA są przekazywane wyłącznie w linii żeńskiej. […]” (s. 22) 
Czyli jak mam to rozumieć? Mężczyźni ze współczesnej rasy ludzkiej brali śluby z neandertalkami? 

Podobnie zastanawia mnie to, że Kosiński narzeka na polską edukację i to, że nie uczy się nas o bogach słowiańskich w szkole. Tylko zastanawiam się kim oni według niego są? Bogami rozumianymi w klasyczny sposób czy ufoludkami jak Marduk oraz Anunnaki?

Autor raz pisze o Wikingach w hełmach z rogami, w innym miejscu zaznacza, że to chodziło o inne typu rogów. Dalej w tekście znowu znajduję tych wojów z rogami na hełmach … Notabene z tego co wiem rogi nosili Celtowie nie Wikingowie.

Na końcu w ogóle czytamy wywody na temat wielu nacji, miast, państw i wszystko według logiki – głównie z języka polskiego. Z całym szacunkiem, ale to nie ma sensu. „Ar” w wielu nazwach nie koniecznie musi być pozostałością po „Arjach”. 

Choć autor wiele rzeczy wie, lgnie usilnie w specyficznym kierunku swoich rozważań. Olbrzymia wiedza graniczy wręcz z obłędem i oderwaniem od rzeczywistości. Dostrzeganie wszędzie wpływu Słowian, czynienie wszystkich nacji Europy pochodną naszych Lechitów to już moim zdaniem paranoja. Rozumiem, że np. Sienkiewicz pisząc swoje powieści gwizdał na prawdy historyczne bo zależało mu na pokrzepieniu serc, tak uważam, że przesadne czynienie z Lechii kolebki ludzkości na wzór innych (tak chyba Lew Syłenko robił z Ukrainy centrum Europy w podobnym stylu) to już megalomania narodowa. 

wtorek, 5 stycznia 2016

Janusz Bieszk "Słowiańscy królowie Lechii"


Tak na wstępie postanowiłem zamieścić motto znane wszystkim z popularnego serialu "Z archiwum X": 


"Prawda leży gdzieś" jak brzmi jedno z najtrafniejszych tłumaczeń. I myślę, że jest ono celne w odniesieniu do omawianej w tym poście książki. 

"Słowiańscy królowie Lechii" to chyba jedna z najbardziej kontrowersyjnych pozycji, jakie przeczytałem w okresie ostatnich kilku lat. 

To, że prawda leży gdzieś nie od dziś wiadomo. Od przynajmniej trzech stuleci Polacy mają notoryczny problem z rozszyfrowaniem puzzli historii, w których brakuje wielu elementów. Polityka odgrywa tutaj decydującą rolę.

Z drugiej strony medalu widzimy rozmaite sny o potędze. Bardzo często owe marzenia są efektem kompleksów, które manifestują się poprzez wizje Wielkiego Imperium Lechitów obejmującym połowę Europy. Inny skrajnym przykładem jest odnoszenie się do etosu innych ludów i skreślanie własnego. Tak czasem czytamy jak to Piastowie byli Wikingami, Słowianie to w ogóle proste, tępe pastuchy a najwyższa cywilizacja żyła na terenie obecnej Norwegii. I takich ludzi nie brakuje. 

A prawda jak zwykle leży gdzieś po środku  ... 

W dobie wszystkiego co nas dzisiaj otacza nie wiem już komu wierzyć, albo przynajmniej komu wierzyć bardziej niż innym? 

Kiedy byłem młodszy i spoglądałem na mapy starożytnego Cesarstwa Rzymskiego moją uwagę przyciągały ziemie obecnej Polski i zastanawiałem się nad jej opisami. Oczywiście nic wiele o historii politycznej naszego państwa w obecnym okresie się na lekcjach nie mówiło. 

Janusz Bieszk stara się "odczarować" całą historię i ustawiając ją na nowe tory udowadnia, że już za dawnych czasów istniało tutaj Imperium Lechitów rządzone przez władców wymienionych w kilku kronikach. Autor ponadto głosi, że plemiona, które uchodzą w historii za "germańskie" w rzeczywistości były słowiańskimi i to Słowianie odpowiadają za dalsze dzieje cywilizacji Europy i Afryki Północnej. Znajduje i rozpatruje wiele pomijanych do tej pory źródeł. Powołuje się także na wykonane nie tak dawno badania genetyczne, które niejako potwierdzają jego tezy.

I teraz nie wiem, czy faktycznie mamy tutaj odkłamaną historię, do której świat nie chce się przyznać robiąc nam wodę z mózgu czy kolejny sen o potędze zrealizowany w duchu Turbo-Sławii i "raków rodzimowierstwa"?

Dobra! Koniec pierdół i bajdurzenia z mojej strony - przyjrzyjmy się sprawie uważnie!

Omawiane teorie autora "Słowiańskich królów Lechii" zbliżone są do poglądów znanego z YouTube Pawła Szydłowskiego. Miejscami dużo mają wspólnego z rosyjskim ynglizmem, nie zaprzeczają także popularnym w owych czasach innym teoriom głoszącym, że istniała dawniej rozwinięta cywilizacja zniszczona w efekcie jakiejś wojny nuklearnej.


Bieszk omawia wiele zagadnień zadając też konkretne pytania.

Rzeczona praca popularnonaukowa charakteryzuje się zupełnym w moim odczuciu brakiem wiedzy lingwistycznej. Na stronie 33 czytamy, że Słowianie nazywani byli "Slavi", "Slavini" od "sławy". Termin "Słowianie" może mieć tak na prawdę zupełnie inną etymologię i zdecydowanie więcej wspólnego ze współczesnym wyrazem "swój" (w wolnym rozumieniu "rodak", "krajan", "współplemieniec") lub jakimś niezidentyfikowanym jeziorem o podobnej nazwie (spotkałem się i z taką hipotezą).


Etymologia imion też wydaje się dosyć dziwna. Pamiętam, że bodajże Konopnicka w bajce "O krasnoludkach i sierotce Marysi" opisała Ziemowita jako tego, który codziennie rano wychodził z chałupy i mówił "Ziemio witaj!" i, że niby stąd wzięło się jego imię. Ale jest to bzdura, "Ziemowit" ("Siemowit") to po prostu "pan domu". W wydaniu Bieszka z etymologią też jest specyficznie, zastanawia mnie m.in. Król Lasota i jego Wzgórze. Słowo "lasota" spokrewnione jest z wyrazem "les" (nie mam odpowiedniej czcionki, żeby dodać znaczek-akcent) oznaczającym dawniej "trupa". Podobnie jak termin "Rękawka" oznaczający doroczne, krakowskie święto pod Kopcem Kraka na Wzgórzu Lasoty nie ma wiele wspólnego z wyrazem "rękaw" jak głosi jedna z miejscowych legend.  Bliżej mu do czeskiego "rakiev", słowackiego "rakva" oznaczającymi "trumnę" lub też starosłowiańskim, serbskim i słoweńskim "raka", chorwackim "rakva" znaczącymi "grób". Dzięki Janowi Kochanowskiemu i jego fraszce "Nagrobek gąsce" wiemy, że "rękawka" to po prostu grobowiec ręcznie usypany. Więc kim miał być król Lasota? Inspiracją do rosyjskiej bajki o Kościeju Nieśmiertelnym? Finlandia od króla Filana? Dziwne ... 

Zastanawia mnie też ta legenda o Wandzie Amazonce i jej samobójstwie ... W dziele Wincentego Kadłubka, a więc w najstarszej wersji, to nie Wanda popełnia samobójstwo tylko "wódz lemański" ubiegający się o jej rękę ... Brakuje tych uwag, zwłaszcza, że Bieszk stara się doszukiwać faktów historycznych w późniejszej wersji legendy ...

Skojarzył mi się też motyw ataku Aleksandra Wielkiego na Kraków z legendą o Smoku Wawelskim. Może faktycznie to on był "smokiem", a nie żaden symbol na tarczach Awarów jak spekulują co poniektórzy? Kto wie, przecież macedoński władca nosił hełm z dwoma rogami, a na niektórych wyobrażeniach smoków widzimy je z kłami lub rogami. Może tym sposobem utożsamiono go ze smokiem-żmijem? Tylko nie wiem czy Aleksander chciałby "dziewice" na pożarcie, prędzej "prawiczków" ... Nijak ma się to w każdym razie zarówno do  oficjalnej wersji dziejów cywilizacji jak i oficjalnej wersji legendy ... 


Irytują też przypisy ("patrz Internet", "patrz bibliografia"). Czy autor nie mógł dać przypisów dolnych i konkretnych odniesień do stron w źródłach? Podobnie jak już totalnie zbulwersowała mnie kwestia omawianych pod koniec lektury map. Bieszk podał do nich linki i omówił je, ale z niewiadomych dla mnie względów nie zamieścił żadnych skanów. Stosując jego formę pytań spotykaną w tekście uczynię tak samo i pociągnę go za język:

DLACZEGO?

Robi to tak jakby starał się ukryć własne dowody przed czytelnikami. Co mi z samych linków? Przepiszę, wkleję do wyszukiwarki, nawet mi się strona nie pojawi. Linki w książkach to na ogół tragedia. 

I na koniec stwierdzam jako człowiek z niską samooceną, że czytanie poradników jak radzić sobie z tym problemem to pikuś w porównaniu z tym co może dać tego typu popularnonaukowe opracowanie historii. Wyrzucamy ze swojej podświadomości na czas czytania cała sferę prywatnych, negatywnych wspomnień zastępując je symboliką historyczną. Widzimy siebie na miejscu władców imperium, swoją potęgę, wygrane bitwy, ekspansję ... Od razu lepiej! Psychoterapia historyczna - nowa metoda jak znalazł.

Kto wie, może w przyszłości omawiana praca stanie się inspiracją dla przyszłych pokoleń Polaków w celu stworzenia nowego porządku Europy i świata?

Czy książkę mogę polecić? A mogę. Mimo, że jest stekiem zebranych, kontrowersyjnych informacji to jednak pobudza do myślenia. No, ale niestety trzeba ją czytać z dużym przymrużeniem oka.*

* Pomieszanie z poplątaniem niezwykle wyszukanej wiedzy z TOTALNĄ IGNORANCJĄ !!!!!

PS.

Pozwolę sobie na mały edit po latach, ponieważ widzę, że nie wszyscy ludzie rozumieją ironię, a potem posiłkują się moimi postami wyrywając pewne rzeczy z kontekstu lub rozumiejąc je na odwrót niż to planowałem.

Dlatego jedno, krótkie stwierdzenie tytułem zakończenia posta: książka oscyluje wesoło swoim poziomem na orbicie idiotyzmu, skrzyżowaniu dróg dereizmu i żałosnej propagandy!