Wszystkich części „Wiedźmina” jeszcze nie przeczytałem.
Zrobię to po obejrzeniu ostatniego sezonu serialu, który także mam do
nadrobienia. Wiem, nie ma na co patrzeć; oglądanie produkcji Netfliksa jest jak
jedzenie kiviaka na Grenlandii, ale
przynajmniej człowiek zobaczy jak sprofanowano twórczość znanego polskiego
pisarza. Mój tata namawiał mnie gorąco do przeczytania Trylogii Husyckiej,
którą z resztą podarował mi na Gwiazdkę. W końcu musiałem wygospodarować trochę
czasu i na nią.
Niby dalekie jest to od klimatu wiedźmina, ale czy aby na
pewno? Tutaj pojawiają się typowe dla Sapkowskiego wątki – chędożenie cudzych
żon, czary i demony, germańskie nazwiska i stałe wędrówki z przygodami. Czyli w
sumie samo życie. Akcja toczy się na Śląsku w XV w. No i właśnie jeden
podstawowy zarzut jaki bym do tej książki miał to kilka dziwnych anachronizmów.
Wprawdzie Sapkowski przyznaje się do części z nich; tu mam na myśli głównie „Neronomicon”,
ale inne pomija na końcu książki. Rozweselił mnie sabat czarownic w święto
Mabon … Nazwę tę wprowadził amerykański czarownik Aidan Kelly poszukujący
celtyckiego odpowiednika mitu o zstąpieniu Persefony do Hadesu. Nawet większość
wiccan nie stosuje tej nazwy, bo jest ona sztuczna i stworzona jako alternatywa
dla Równonocy Jesiennej. Faux Pas! Widać, że autor inspirował się współczesnym
czarownictwem.
Generalnie miły trening dla oka. Fabuła wciąga od samego
początku. Kto z nas nie chciałby być podróżującym z Szarlejem i Samsonem Olbrzymem głównym bohaterem Reynevanem dążącym do zemsty, a także lądującym w łóżku z którą
popadnie.
Czyta się fajnie! Polecam!
