sobota, 24 października 2026

Aleksandra Seliga "Dziady. Pomiędzy literacką fantazją a ludową obrzędowością"



"Dziady. Pomiędzy literacką fantazją a ludową obrzędowością" (Replika, Warszawa 2025) to krótka, czterdziestostronicowa książeczka, w sumie dłuższy artykuł. Dotyczy oczywiście jednego z ważniejszych słowiańskich świąt, czyli Dziadów. 


Co można by tutaj powiedzieć? 

Tematu nie da się dobrze przedstawić na tak krótkiej przestrzeni. Autorka stara się pisać o wszystkim, czyli naturalnie wychodzi z tego "o wszystkim, i o niczym". Myślałem, że więcej dowiem się na temat praktyk związanych z omawianym świętem lecz prawda jest taka, że więcej wiedziałem już wcześniej. 
O nazwie Dziady:
Oznacza ona bowiem zarówno "zmarłych przodków bez różnicy płci", jak i owo święto na ich cześć odprawiane, przy czym najprawdopodobniej to nazwę dusz przeniesiono na uroczystość, nie odwrotnie (s.20). 
A w pewnych regionach miało to znaczenie - świętowano "baby" na cześć kobiet oraz "dziady" na cześć panów. 

Ogólnie książka ma zbyt mało miejsca, żeby przedstawić temat szerzej. Autorka nie przedstawiła uczty kozła, a na bazie źródeł można dostrzec różnice pomiędzy dziełem Mickiewicza  a źródłem inspiracji. 

Powiem, że to trochę komercyjne opracowanie.

Czy polecam? Średnio. 


PS.

1) "Państwo i społeczeństwo", a nie "Prawo i społeczeństwo" ... 

2) Oczywiście temat można wyczerpać na maksa. 
Przytoczmy więc to, o czym pani Seliga nie pisała lub tylko napomknęła.


Kanun. A czym on jest? Najczęściej jest to osłodzona miodem lub cukrem woda (nazywana też sytą), do której kruszy się pieczywo, chleb, obwarzanki lub słodkie bułki. Czasami pod tą nazwą występuje również bezalkoholowy napój ze sfermentowanej mąki i słodu. rzecz jasna pity na cześć dziadów.


Dużo można pisać o uroczystej wieczerzy przypominającej tradycyjną, wigilijną bożonarodzeniową. To, że liczba potraw w zależności była parzysta lub nieparzysta (Seliga podaje tylko, że liczba musiała być parzysta). By nie obrazić zmarłego, pieczywo nie mogło to być kupione lecz musiało być upieczone w domowym piecu. Wypiekano je dzień wcześniej, uważano bowiem, że w Dniu Zmarłych piec nie należy w obawie przed pożarem. Dlaczego? Do pieca mogłaby wejść jakaś dusza, a chcąc się z niego wydostać, mogłaby go rozsadzić lub wyważyć drzwiczki, wyrzucając do izby płonące szczapy lub węgle. Uważano, że wiejskie pożogi zagród w okolicach tego święta powstają właśnie na skutek nieprzestrzegania tej niepisanej zasady i działania rozgniewanych duchów, którym zakłócono spokój wiecznego spoczynku. Wygląd i nazwa tego pieczywa zależały od regionu: Na Lubelszczyźnie (powałki), na Ziemi Ciechanowskiej (peretyczki). W dostępnych pisanych źródłach opisuje się je jako długie bułki z odciśniętym pośrodku krzyżem. Na cmentarz można było je zanieść dopiero po poświęceniu przez kapłana. Przy czym ich ilość powinna była odpowiadać liczbie zmarłych członków rodziny. Czasami dodatkowo je ozdabiano wzorami, mającymi przypisać je do konkretnego zmarłego. Na Kujawach i południowym Pomorzu przywożono na cmentarze pełne wozy chlebków, które przeznaczone były dla tzw. dusz pustych (bezimiennych), o których albo nikt nie pamiętał, albo osoby im najbliższe także już umarły.


Jedzenie dla dusz zmarłych wraz z wódką lub winem zostawiano na noc na stole. Natomiast dawni mieszkańcy Kaszub i Kociewia, głęboko wierząc w nocne wędrówki dusz, w wigilię dnia zmarłych wykładali na zewnątrz parapetu okiennego ulubione potrawy zmarłych, najczęściej tylko owoce i słodycze. Zazwyczaj przysmaki te padały pastwą zwierząt, czasem psa, który zerwał się z łańcucha. Natomiast, jeśli jedzenie pozostawało rano nietknięte, martwili się, dlaczego istotom z zaświatów ono nie smakowało. 


Wieczorem też uchylano drzwi wejściowe, aby dusze zmarłych mogły odwiedzić swoje dawne mieszkania. Był to znak gościnności, pamięci i życzliwości. Często nawoływano zmarłych po imieniu. 


Po zmierzchu przez dwa pierwsze dni listopada zabronione było wykonywanie pewnych prac domowych: klepania masła, deptania kapusty, maglowania, przędzenia i tkania, cięcia sieczki, wylewania pomyj i spluwania. Powodem była obawa przypadkowego rozgniecenia, skaleczenia czy znieważenia odwiedzającej dom duszy.


Wiara w zmartwychwstanie dusz w tym dniu była ogromna. Krążyły nawet liczne opowieści naocznych świadków, którzy podobno widzieli blade twarze wędrujących dusz z płonącymi zniczami w rękach. Słyszeli ich śpiew i głosy w czasie nabożeństwa. Na cmentarz ludzie chodzili gromadnie i dokonywali rytualnych uczt.  Rozpalali ogień, przynosili jedzenie oraz alkohol, które spożywali w symbolicznej obecności zmarłego. W niektórych regionach wino lub wódkę wylewano na grób. Musiała to jednak inna butelka niż ta, z której spożywali żywi. Na grobie składano jajka jako symbol pewnego zamykania czasu i przestrzeni oraz chleb – znak dobrobytu.


Dawniej zaświaty kojarzyły się ludziom z bezkresem, miejscem pozbawionym barw, zapachów, zimnem. Dlatego zapalano ogień, by wskazywać zmarłemu drogę. Ogniska, rozkładane przy domach, miały podobny charakter. Znicze i świeczki w naszych czasach to echa tej dawnej tradycji. 



Według wierzeń Warmiaków przez trzy dni w roku mogli się oni spotkać z duszami swoich zmarłych przodków. Były to: wigilia Bożego Narodzenia, noc przed niedzielą wielkanocną i Dzień Zaduszny. Wierzono, że dusze zmarłych przychodzą do domu, by się ogrzać. Posypywano ławy stojące obok pieca piaskiem, by rankiem odczytać z pozostawionych śladów czy rzeczywiście dusze przyszły w odwiedziny. Warmiacy, przygotowując się do święta Wszystkich Świętych, starannie porządkowali i stroili groby bliskich. Mogiły ozdabiano przede wszystkim świerkowymi gałązkami i owocami leśnymi a krzyże koralikami nanizanymi na cienki drucik. Tradycyjne potrawy jakie spożywano w dzień zaduszny na Warmii musiały być w kolorze ciemnym. Podawano wówczas czerninę, kaszankę, kaszę gryczaną oraz pieczywo gryczane. W tych dniach istniały też przesądy i zakazy związane z wędrówką dusz zmarłych.


Gospodynie nie mogły rozwieszać prania, bo według wierzeń dusze mogły się w nie zaplątać. Nie wolno było także wylewać wody za próg, by nie oblać wędrującej duszy.

I tak dalej i tak dalej można by ten temat rozwijać.